Komisja Episkopatu Polski ds. Misji

20 stycznia 2018

Ukryte dobro...

br.Piotr Michalik OFMCap, Rep. Środkowoafrykańska

Bardzo wiele osób wysłało mi życzenia na Boże Narodzenie, Nowy Rok… Wielu z Was okazało mi też wyrazy współczucia z powodu śmierci (narodziny do lepszego życia) mojej Mamy. Jestem Wam wszystkim niezmiernie wdzięczny, mimo że nie okazywałem tego, bo… milczałem, nie odpowiadałem… Przepraszam Was za to. Tak nie powinno być. Potrzebowałem Waszych słów. Dziękuję. I niech Pan towarzyszy Wam w tym nowym roku. Co stare – minęło, teraz jest nadzieja na pełniejsze życie – szansa jest realna. Tylko w wolności Dzieci Bożych otwórz się na Ducha.

Kilku z Was zapytało się mnie jak przeżyłem święta. Można powiedzieć że w ostatniej chwili zdążyłem na pociąg. Po powrocie z pogrzebu Mamy dojechałem do Ngaoundaye dopiero 23 grudnia. Niewiele miałem czasu na przygotowanie świąt. Ponieważ od dłuższego czasu nie było mnie w parafii, więc święta Bożego Narodzenia przeżywałem przede wszystkim w samym Ngaoundaye, znacznie mniej we wioskach. Pasterka, sam dzień świąt, wszystko radośnie, w afrykańskich klimatach. Tylko jeden wieczór (zdaję się czwartek) miał polskie klimaty. Z inicjatywy s. Ani w Ndim spotkali się na wieczorku kolędowym polscy misjonarze i misjonarki z trzech pobliskich misji. Bylo miło. Tylko stwierdziłem ze zdumieniem że teksty wielu polskich kolęd mi gdzieś umknęły…

Natomiast w głowie było już układanie programu zajęć na 2018. Z jednej strony "Małe Konferencje" w każdej z wiosek. Tym razem na przykładzie Jakuba i Ezawa pogłębiamy temat przebaczenia i pojednania się. Temat jak najbardziej na czasie w kontekście sytaucji aktualnej w Rep. Środkowoafrykańskiej. Z drugiej strony jest pora sucha, czyli czas prac budowlanych. Już 2 miesiące pory suchej minęły, czas zabrać się do roboty…

5 stycznia z s. Gosią jedziemy do Boyangou. Jak zwykle w Assana zostawiamy samochód i dalej rowerami, a Alfred (człowiek od wszystkiego) motorem obładowanym bagażem. Powód tej przesiadki? Nie ma mostu, samochód dalej nie może jechać. Po drodze jeszcze ostatnie studiowanie miejsc gdzie chcemy za kilka dni rozpocząć budowy.

W Boyangou Mała Konferencja przebiegała spokojnie, ja pracuję z dorosłymi, s. Gosia animuje dzieci. Wydaje się że temat ruszył ludzkie serca – widzą i konieczność i trudność prawdziwego pojednania. A przecież żyją w regionie który mógłby służyć za wzór współżycia ludzi różnych wyznań i ras. Pełno tu Mbororo –zislamizowanych nomadów z ich potężnymi stadami krów. I na pierwszy rzut oka wszystko gra. Jednak zadry krzywd nie całkiem się jeszcze zabliźniły w sercu. A wzajemne uprzedzenia mają długie życie… No i to wszystko dzieje się pod czujnym okiem ludzi Sidiki, których regularnie widzi się przejeżdżających motorami i uzbrojonych po zęby… Co by się tu stało gdyby ich zabrakło?... Jak tu się mówi: pożar buszu łatwo wzniecić, ale go ugasić jest o wiele trudniej. W każdym bądź razie od czegoś trzeba zacząć – to jest najważniejsze. Gdyby czekać na idealne warunki do pojednania, to najprawdopodobniej czekalibyśmy w nieskończoność…

W sobotę, 6 stycznia, po posiłku południowym, zamiast rozkoszować się zasłużoną sjestą, bierzemy rowery i motor i jedziemy do Yamba. Niedaleko, zaledwie 7 kilometrów od Bayanga, ale jest to już inny świat. Kamerun. Granicą jest rzeka Mbere, a przekraczamy ją po moście zbudowanym przez Niemców jeszcze przed I wojną światową (wypisz wymaluj przypomina mosty wybudowane w analogicznym czasie w mojej rodzinnej miejscowości na Śląsku Opolskim). Budowla ta przypomina nam że przez kilkanaście lat ten region był kolonią niemiecką… Yamaba jest sennym miasteczkiem przygranicznym. Raz w tygodniu, w piątek, ożywia się. Dzień targowy. Setki ludzi z RŚA przychodzi tu by sprzedać produkty rolne, a kupić… wszystko inne niezbędne do bardzo skromnego życia. A w sobotę Yamaba znowu przypomina mi miasteczko z Dzikiego Zachodu z klasycznego westernu: szeroka ulica którą wiatr zamiata z kurzu, po obu stronach ulicy parterowe domki z werandami, gdzie w cieniu wypoczywają zmęczeni upałem mężczyźni. Ulica prawie pusta. Każdego obcego (mnie) odprowadza tuzin uważnych par oczu. Brakuje tylko dwóch kowbojów którzy lada chwilę odbędą pojedynek reworwerowy na środku pustej ulicy…

Jednak nie po to tam pojechaliśmy, by podziwiać ten szczególny urok tego miasteczka. Dzięki naszym katechistom udało się nam skontaktować z jednym z tamtejszych kupców. Dogadujemy się w sprawie kupna materiałów budowlanych. Za kilka dni mają ruszyć budowy. Na szczęście zgadza się dostarczyć te materiały aż do Boyangou. Kameruńczycy boją się zapuszczać w tą strefę RŚA, która jest pod kontrolą rebeliantów spod znaku 3R (czyli tych od gen. Sidiki). Gdybym miał sam to wszystko wozić to chybabym się zapłakał…. Obiecuje że dostawa będzie na czas, czyli na najbliższy wtorek.

No właśnie, poruszyłem sprawę bezpieczeństwa. Długo zastanawiałem się czy są warunki wystarczające by rozpocząć budowy. Przecież mam tam przywieźć czterech murarzy z Ngaoundaye, rzucić ludzi na place budowy. Nie ma zmiłuj się – rebelianci będą to wszystko widzieć. Jak zareagują? Rok temu gen. Sidiki powiedział że jeśli to ma służyć rozwojowi regionu, to jak najbardziej zgadza się na to. Jednak to było rok temu, strasznie dawno temu. Dlatego jadąc na Małą Konferencję do Boyangou, gdy w pewnym momencie zauważyliśmy rebeliantów, zapytałem się ich czy jest możliwość porozmawiania z gen. Sidiki. Ku memu zaskoczeniu jeden z nich odpowiedział mi że tak, że jest w jednej z kolejnych wiosek. Gdy do niej dojechaliśmy, na pierwszy rzut oka nie było widać rebeliantów. Pytamy się mieszkańców. Mówią że są gdzieś w pobliskim buszu. Proszę ich by mnie zaprowadzili. Jeden z nich, starszy człowiek, po chwili wahania, zgadza się nas zaprowadzić. Niedługo szliśmy. W głębi wioski, z dala od drogi, 3R zrobiło sobie tymczasową bazę. Dwóm pierwszy napotkanym rebeliantom wyjawiamy cel naszej wizyty. Każą nam czekać. Jeden z nich znika w chacie przed którą siedział. Szybko wynoszą krzesła i stawiają w cieniu słomianej wiaty. Prawie że natychmiast pojawia się generał Sidiki. Wysoki, chudy, starszy facet, o twarzy raczej sympatycznej. Po rytualnych powitaniach szybko przechodzimy do właściwego tematu. Przedstawiamy nasz program budów, które mają pomóc lokalnej ludności. Przypomniałem mu delikatnie że już raz je zaakceptował. No i dyplomatycznie zapytałem się: co on o tym myśli. Oczywiście jak najbardziej zgadza się. Przedstawiliśmy mu również Alfreda, który często będzie jeźdźił tą drogą w sprawie budowy.

Mała dygresja. Gdy w pewnym momencie źdźbło słomy spadło z dachu na ramię s. Gosi, generał Sidiki wdzięcznym i delikatnym ruchem dłoni strącił to źdźbło z ramienia siostry. Wszyscy się uśmiechneli, nawet jego podwładni. Ten człowiek broniąc praw nomadów nie przebierał w środkach, był nawet bezwzględny w tym. Jednak w każdym człowieku jest ukryte dobro, niekiedy nieźle stłamszone. Jak mu pomóc wydostać się na zewnątrz? To jest może nasza misja? Przypomina mi się historia św. Franciszka i wilka z Gubbio….

W niedzielę po Mszy wracamy. Mocno spóźnieni z powodu «spraw» załatwianych po drodze. W Ngaoundaye jesteśmy o 17h 30. Do północy pakowanie się, by nazajutrz skoro świt wyjechać do …. Boyangou. Tym razem samochodem, z sprzętem i z murarzami.

Cdn.

br. Piotr Michalik OFMCap

Ngaounday, 18.01.2017

Zobacz również:

 


Jeżeli chcesz wspomóc działalność misyjną br. Piotra, możesz przekazać dowolną ofiarę pieniężną na konto:

Nazwa konta: Komisja Episkopatu Polski ds. Misji

Konto – PEKAO S.A. I O/ Warszawa

Numer konta: 06 1240 1037 1111 0000 0691 6772

Tytuł przelewu –  Patronat PIOTR MICHALIK

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
135 0.15287494659424