2 lut

Czego etnolog i socjolog może nauczyć się na pogrzebie?

br. Piotr Michalik OFMCap, Gabon, Cocobeach

Gdy się wyjeżdża na misję, to jest się posłanym nie do anonimowych, statystycznych, zglobalizowanych ludzi, ale do ludzi z krwi i kości, czyli ze swoją kulturą, historią, zwyczajami, wierzeniami i relacjami społecznymi. Dlatego, czy chce czy nie chce, misjonarz, gdy przybywa do jakiegoś kraju, musi choćby w stopniu minimalnym, poznać te wszystkie aspekty życia ludzi do których został posłany. Dlatego czyta odpowiednie książki, podpytuje starszych misjonarzy, którzy już od lat żyją i pracują wśród tego ludu, rozmawia bezpośrednio z przedstawicielami tego kraju, podróżuje, obserwuje…

Przyjeżdżając do Gabonu korzystałem z tych sposobów poznania ludzi wśród których od niedawna żyję. Jednak ostatnio dane mi było w jeszcze inny sposób poznawać rzeczywistość w której żyją Gabończycy. Otóż tak się złożyło, że z końcem grudnia i początkiem stycznia brałem udział w małej serii… pogrzebów (ironia losu – w pogrzebie mojego Taty, który miał miejsce 7 stycznia, nie mogłem uczestniczyć…). I na tych pogrzebach chyba więcej się dowiedziałem o tutejszej społeczności niż gdziekolwiek indziej (no, może tu trochę przesadziłem).

Na pewno nie chodzi tu o osądzanie, stawianie wielkich kwalifikatorów, obserwowanie zimnym i obiektywnym okiem. Chodzi o to, że te pogrzeby pomogły mi choć trochę zrozumieć sytuację tutejszych ludzi, jaką drogę już przeszli, jaka jest przed nimi. Jednocześnie zrozumiałem, że to społeczeństwo jest zróżnicowane, każda rodzina, każdy człowiek ma swoją, niepowtarzalną historię, która miała niebanalny wpływ na to kim jest, jego zachowanie, wierzenia….

Poznajmy te rodziny, ich historię i sytuację. Jak zobaczycie, każda z nich jest zupełnie inna, a jednocześnie uwidaczniają się pewne wspólne cechy charakterystyczne tutejszej kultury.

Pascal Nze Bie (1943-1992)

To nie był pogrzeb. To była msza w intencji zmarłego. 26.12.2020. przyjechałem do wioski o nazwie Milembie (44 km od Cocobeach). Jest to jego rodzinna wioska. Przez wiele lat był ministrem w rządzie Gabonu, albo piastował inne odpowiedzialne stanowiska. Był jednym ze znakomitszych ludzi tego regionu i w dowód uznania za jego wkład w rozwój tej części kraju, liceum w Cocobeach nosi obecnie jego imię. Mimo że całe swoje dorosłe życie spędził w stolicy kraju, gdzie rozwijał swoją polityczną karierę, na rodzinnej ziemi w Milembie wybudował prawdziwy dwór, można by powiedzieć pałac… Ponieważ miał prawie że nieograniczony dostęp do kasy (państwowej), to go było stać… Szokuje jednak fakt, że przyjeżdżał tu mieszkać tylko na wakacje, ewentualnie weekendy… No cóż, w Polsce ci co stać ich na to, też mają letnią daczę, ale ma ona raczej w miarę skromne wymiary, a tu… Jednak co się dziwić, jeśli ma się ileś tam żon, około 50 dzieci, to trzeba je gdzieś pomieścić…. Nadto wujkowie, ciocie, którzy mieszkają na miejscu, też o swoje się dopominają, a przecież nie można im odmówić…
Jeszcze to wszystko bym jakoś przetrawił, tylko że obecnie, niecałe 30 lat po śmierci Pascala, to wszystko niszczeje. Jego już nie ma, wszystkie dzieci (bez wyjątku) urządziły sobie życie w Libreville (lub być może jeszcze dalej), na miejscu pozostał tylko ostatni stary, schorowany wujek, który o siebie nie potrafi zadbać, więc tym bardziej przerasta go dbanie o tą całą posiadłość. A młody chłopak pozostawiony jako dozorca, czyż może otworzyć usta w proteście gdy jakiś „wujek” czy „stryj” przyjdzie z wioski by wziąć sobie neonówkę której akurat mu brakuje w jego domu? Piękna posiadłość wpadła w ręce złodziei i … puszczy. Część domostw (gdzie mieszkali wujkowie i ciocie), ledwo można dostrzec w gąszczu drzew, krzewów i lian które je opanowały, a w centralnym domu rządzą nietoperze i osy (sami o tym boleśnie przekonaliśmy się), natomiast zaraz za domem słonie mają swoje (prawie) codzienne miejsce spotkań.

Szkoda zmarnowanych pieniędzy (pewnie w dużej mierze niezbyt uczciwie zdobytych, ale zdaje się że w tym nie jest on tu wyjątkiem). Nie można tego wynająć, bo kogo by na taki wynajem było stać, i do tego w tak mało interesującym miejscu. Żeby to było nad brzegiem oceanu, to może na jakiś dom wczasowy udało się przerobić, ale nie tam…

Powróćmy do naszej małej ceremonii. Część jego dzieci (niecałe dziesięć) przyjechało bezpośrednio z Libreville. Obserwując ich, zauważyłem, że na pewno nie są tak bogaci jak ich tato, ale biedy też nie klepią, każde z nich jakoś w życiu się urządziło. Jedna z wdów po nim przyjechała razem ze mną (i członkami wspólnoty św. Marty, do której ta wdowa należy). Czuję nić porozumienia pomiędzy nimi, widać że cieszą się ze spotkania. Zdaje się że to nie pierwszy raz proszą o mszę za tatę. Po mszy czyszczą groby taty i innych członków rodziny, którzy są pochowani na ich ziemi. W pewnym momencie zauważam plastykowe kubki na każdej mogile. Pytam się jednego z synów, co to jest. Mówi, że jeśli tu biesiadujemy, to trzeba by i zmarli przodkowie też biesiadowali… Pytam się czy coś nalali do tych kubków, mówi że oczywiście. I na pewno to nie była woda… À propos biesiadowania. Każdy z nich coś gotowego przywiózł z domu i bezpośrednio po mszy bardzo szybko zorganizowali klasyczny… piknik. I nawet ekolodzy byliby zadowoleni, bo wszelkie odpadki pieczołowicie były zebrane, i w worku na śmieci wywiezione…

Dbanie o przodków, przywiązanie do ojcowizny – to będzie jeszcze niejednokrotnie powracało…

Yacinthe Ello Obiang (1960-2020)

8.01.2021. pojechałem do Mongono (14 km od Cocobeach). Yacinthe zmarł w Libreville, ale ma być pochowany tutaj, na ojcowiźnie. Jak przyjechałem na umówioną godzinę, ciało już zostało sprowadzone ze stolicy. Poszedłem pokłonić się zmarłemu i w pomieszczeniu do którego wszedłem dwie rzeczy rzuciły mi się w oczy. Pierwsza to trumna w której było „okienko” by zobaczyć twarz zmarłego (przed samym pójściem na cmentarz zasłania się je specjalnie dopasowanym kawałkiem deski). Zdaje się jest to kanon tutejszych zwyczajów, bo na kolejnych pogrzebach trumny były wykonane podobnie. Druga sprawa to dwie kobiety leżące po dwóch stronach trumny. Twarz miały zwrócone w kierunku trumny, włosy rozpuszczone w nieładzie, były półnagie, mając na sobie tylko przepaskę na biodrach zrobioną z jakiejś tkaniny która sięgała kolan. Były to Isabelle Biloghe Binkoghe i Léontine Beyeme Aboghe – wdowy po zmarłym.

Z ceremonią pogrzebową trzeba było troszeczkę poczekać, gdyż grób jeszcze nie był całkowicie wykopany… Jeden z synów zmarłego podszedł do mnie i poprosił by w trakcie ceremonii pobłogosławić te wdowy, że jest to ważne, aby później nie robili im ich tradycyjnych „obmyć” albo jeszcze coś innego. Domyśliłem się że byłyby to rzeczy niezbyt przyjemne dla wdów, więc oczywiście zgodziłem się. W czasie modlitw przy trumnie dorzuciłem zaimprowizowane błogosławieństwo dla wdów, jednak w czasie procesji (wdowy, jak i większość kobiet nie poszły na miejsce pochówku – taki tu zwyczaj) na cmentarz widziałem, patrząc przez ramię do tyłu, jakieś niezbyt zdrowe poruszenie w zagrodzie i od razu pomyślałem o losie tych wdów… Dlatego po powrocie z cmentarza zapytałem się o nie, mówiąc że chcę je zobaczyć. Zaprowadzili mnie do kuchni, gdzie cały czas mając tylko przepaskę na biodrach, siedziały pomiędzy innymi kobietami. Podszedłem do nich, złożyłem kondolencje, pobłogosławiłem, zrobiłem znak krzyża na czole każdej z nich. Widziałem jak uśmiech pojawił się na ich ustach, jakby kamień spadł z ich serc… Później jeszcze jakaś babcia złapała mnie na podwórzu i zapytała czy aby na pewno już żadnych „obmyć” nie trzeba wdowom robić. Zapewniłem że absolutnie żadnych, że mogą je zostawić w spokoju… Moje zapewnienie widocznie uspokoiło babcię.

Czekając na wykopanie grobu, zaprosili mnie do przewiewnej wiaty i zaserwowali coś do picia. Zadziwili się że nie chcę żadnego alkoholu (piwo, wino), tylko coca-colę albo jakąkolwiek oranżadę. To zadziwienie będę musiał jeszcze wielokrotnie obserwować przy każdorazowym poczęstunku… Popijając (z przyjemnością, bo w międzyczasie to już pewnie z litr płynów wypociłem) wspomnianą coca-colę, miałem czas na obserwacje i rozmowy. Siedzieliśmy w zagrodzie ojca Yacinthe. To już nie tak bogaty klan jak Pascala. Wszystkie zabudowania z desek, żadnego murowanego domu. Jednak domy są zadbane. Tylko że…. nie zamieszkane. Cała rodzina wyjechała do Libreville i tam żyje. Tu przyjeżdżają by na ziemi przodków pogrzebać członków rodziny. Oczywiście jakieś tam wujki są we wiosce (np. szef wioski), ale każdy żyje w swojej własnej zagrodzie.

W pewnym momencie zauważam przed wiatą w której siedzę krzaczek ibogi. Korzenie tego krzewu mają własności halucynogenne i ludzie używają ich by wpaść w trans i mieć wizje w synkretycznym kulcie bwiti*, który jest tu bardzo rozpowszechniony. Zaczynam bardziej rozglądać się i po przeciwnej stronie podwórza widzę budynek który przypomina mi świątynię bwiti. Podchodzę by lepiej mu się przyglądnąć i rzeczywiście, na środku jest słup sakralny – to jest świątynia bwiti. Wtedy przypominam sobie to co mówił mi br. Darek, proboszcz, u którego rodzina prosiła o pogrzeb chrześcijański dla Yacinthe. Mówił, że jeden z synów zmarłego postanowił pozbyć się wszelkich insygniów służących do tego kultu, a z całą pewnością znajdujących się cały czas w tej zagrodzie. Darek powiedział mu by przyniósł cytrę (podstawowy instrument w tym kulcie, on sam również ma charakter sakralny) to ją spali, a czaszki przodków niech sami godnie pogrzebią. Do dzisiaj nie przynieśli tej cytry. Wszystko wskazuje na to, że w przeszłości cała rodzina była bardzo przywiązana do kultu bwiti. Problem jest taki, że obecnie ta rodzina jest podzielona: część chce skończyć z tym, a część nadal w tym tkwi po uszy… Stąd też to całe zamieszanie jak traktować wdowy po zmarłym.

Jak doszliśmy do przygotowanego dołu na grób, nie dostrzegłem sznurów, które normalnie służą do włożenia trumny do dołu. Z zainteresowaniem obserwowałem jak technicznie sobie z tą operacją poradzą. Okazało się, że młode pędy bambusa, nadłamane we właściwych miejscach, idealnie spełniają funkcję sznurów (nie wyjmuje się ich później, pozostają zasypane wraz z trumną). Co jak co, ale tutaj bambusów nie brakuje… Przed samym zasypaniem grobu, pewne kobiety podchodzą do dołu i wrzucają ubrania w których chodził zmarły. I ten sam zwyczaj widziałem przy kolejnych pogrzebach.

Po powrocie do zagrody, zaproszono mnie na posiłek. Czekając na niego, byłem świadkiem kolejnego zwyczaju. Na miejscu gdzie stała trumna stała miska z wodą i młody, odpowiednio ucięty pęd bananowca. Po kolei podchodzili żałobnicy, obmywali ręce i nogi, kłaniali się w stronę portretu, brali pęd bananowca i dosyć energicznie uderzali nim w ziemię. To był ich sposób pożegnania zmarłego. Przy kolejnym pogrzebie będzie podobnie.

Konfrontacja wierzeń bwitistycznych i chrześcijańskich – to będzie jeszcze niejednokrotnie powracało…

Joachim Edzang Minko (1965-2020)

Dzień później, 9.01.2021. pojechałem do Bengola (33 km od Cocobeach), tym razem na pochówek połączony z celebracją mszy św. Joachim również zmarł w Libreville, a jego ciało sprowadzono do Bengola by pochować go na ojcowiźnie. Pomny na los wdów z poprzedniego dnia, od razu pytam się dyskretnie jak tu sytuacja się przedstawia. Szybko mnie zapewniono, że nie ma żadnego problemu, bo nie miał żon…. Ale miał kochanki. Dużo. Dzieci też. Pojechał w swej młodości za pracą do stolicy kraju i dosyć szybko stał się bezrobotnym… Alkohol… Skąd środki na życie? Na utrzymaniu kochanek? U jednej z nich w każdym bądź razie mieszkał.

Zagroda wskazuje na jeszcze uboższą rodzinę. Domek w którym była postawiona trumna miał ściany częściowo z desek, częściowo z blachy, klepisko jako podłoga…. Jedyny pozytyw w tym wszystkim, że zagroda cały czas jest zamieszkana – jedna z sióstr zmarłego tu mieszka.

Zaobserwowałem tu kolejny zwyczaj związany z pogrzebem. Już w czasie mszy św. zauważyłem że niektórzy są na bosaka. Jak później dowiedziałem się, były to dzieci zmarłego. Mogą ubrać swoje obuwie dopiero po pogrzebie. Tylko że jedna z babć schowała je. Muszą je wykupić. Działo się to tuż obok mnie, gdy czekałem na poczęstunek. Babcia sympatycznie przekomarzała się z potężnymi chłopakami i za jakieś tam drobne pieniążki oddawała im ich buty.

Ach te kobiety, na zgubę i na ratunek mężczyzny (i vice versa) – to będzie jeszcze niejednokrotnie powracało…

Félix Ntoutoume Nkoghe (1939-2021)

W końcu ktoś, kto zmarł tu, na miejscu. Jednak i tak trzeba było czekać na transport z Libreville, ale tym razem tylko pustej trumny. Pogrzeb miał miejsce 12.01.2021. w Cocobeach. Uczył się w seminarium w Boutika (na terenie naszej parafii), m. in. razem z pierwszym tutejszym biskupem. Po przeniesieniu seminarium do Libreville, zamieszkał w Boutika, pomagał br. Darkowi w utrzymaniu cmentarza dawnych misjonarzy (zgromadzenie misjonarzy Ducha Św.) i… po uszy wszedł (a z nim i cała jego rodzina – liczna, bo wiele żon miał) w kult bwiti. Zresztą mieszkać w małej osadzie nad brzegiem rzeki, gdzieś tam w środku puszczy, to aż prosi się by w to wejść. Dopiero niedawno, gdy ciężar lat zaczął mu doskwierać, rodzina przekonała go by przeniósł się do Cocobeach. W międzyczasie był też szefem kantonu (gminy).

Klasyczny pogrzeb: przywieźli trumnę do kościoła, msza św., tylko że zamiast na cmentarzu (w miastach istnieją), to grób przygotowano w pobliżu jego domostwa. Ciekawostka: od razu po pogrzebie zacementowano grób. Czyżby dlatego, żeby nikt nie wyciągnął ciała by dopełnić rytualnego kanibalizmu? A jest to przewidziane w wierzeniach bwiti…. Pewnie Félix nie życzył sobie tego i wyraźnie to zaznaczył przed swoją śmiercią.

By organizacyjnie dopiąć ceremonię pogrzebu (poślizg chyba dwugodzinny bo transport trumny opóźniał się), kontakt ze mną utrzymywał bratanek (siostrzeniec?) zmarłego - pan Urbain, który jest vice-merem Cocobeach. Sympatyczny jegomość, budzący respekt, a jednocześnie nie tworzący barier, któremu po prostu dobrze patrzy z oczu. Sam urodził się w wioseczce zagubionej w dżungli, co wiem, to też przeszedł inicjację bwiti, ale teraz przekierunkował całkowicie swoje życie: ma sakrament małżeństwa (niezwykła rzadkość tutaj), rodzina poukładana, jest niezwykle szanowany przez mieszkańców naszego miasteczka.

Stabilna, monogamiczna rodzina – to nie tak często będzie tu powracało…

* * * * * *

Jak pewnie zauważyliście, mimo że opisy pewnych rzeczywistości mogą szokować, powstrzymywałem się od moralnych osądów czy załamywania rąk. A to dlatego, że dopiero uczę się tutejszej rzeczywistości, starając się zrozumieć dlaczego tak a nie inaczej żyją tu ludzie. Podchodzę do tego z całą pokorą (nie zawsze jest to łatwe, tendencje osądzania ex cathedra cały czas próbują wrzucić swoje dwa grosze), bo stoję przed tajemnicą historii ludzkiego życia – tyle czynników ją formowało! No i przede wszystkim mam w uszach słowa Jezusa: „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni” (Łk 6, 37), oraz przypomnienie św. Pawła: „Wszyscy bowiem zgrzeszyli i są pozbawieni chwały Boga; a zostają usprawiedliwieni darmo, z jego łaski, przez odkupienie, które jest w Jezusie Chrystusie” (Rz 3,23). A ja? No cóż, może nie przez przypadek Opatrzność mnie tu doprowadziła? Może mam tu swoją małą misję do spełnienia?...

Pozdrawiam serdecznie, polecam siebie i tych kochanych ludzi Waszym modlitwom.
Brat Piotrek

* O kulcie bwiti można by dużo mówić, jest to temat na osobny list…


Znajdź nas


Komisja Episkopatu Polski
ds. Misji


ul. Byszewska 1
skr. poczt. 112
03-729 Warszawa 4

tel. +48 22 679 32 35
km@misje.pl

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
126 0.11052417755127