7 lip

Drugie urodziny dla Afryki i w Afryce

Jestem w Mbaiki, stolicy diecezji na nowej misji gdzie jest internet. Ten mój pobyt w nowym miejscu opisze później. Teraz trochę się będę powtarzał, ale to z racji na kolejne urodziny w Afryce (już drugie, trzecie będą w Polsce) i żebyście mieli coś do poczytania na wakacyjne wieczory. Coś z tego ukarze się w Posłańcu.

Mija już 10 lat jak wstąpiłem do zgromadzenia i mogę powiedzieć, że dopiero zaledwie zaczynam rozumieć co to znaczy być duchaczem. Boży przypadeksprawił, że trafiłem na nie przez to czasopismo, które masz w ręku, ten sam przypadek rozpalił pragnienie wstąpienia do rodziny zakonnej, która w nazwie ma Ducha Świętego. Nazwa - to był dla mnie argument. Do tego stopnia, że myślałem, że Tego Bożego Ducha spotkam tam nawet w kuchni. I jakież było moje rozczarowanie, kiedy po wejściu spotkałem kucharza przygotowującego schabowego z kapustą. I tak lata mijały, gdzie fascynacja przeplatała się nieustannie z rozczarowaniem. Teraz po latach mogę szczerze wyznać, że wielokrotnie podczas tych lat pytałem się dlaczego to zgromadzenie. Poważnie myślałem o odejściu od duchaczy i wyborze innej drogi prowadzącej do kapłaństwa. Bo co do tego, to nigdy nie miałem większych wątpliwości. Kwestia dotyczyła wyboru innego seminarium. I tak z dnia na dzień, aż do kolejnego bożego przypadku. Kiedy wysiądziesz z samolotu uderzy cię fala gorącego powietrza. Znowu rozczarowanie. Niebo w stolicy tak samo zachmurzone jak w Polsce i chłodno, za chłodno jak na Afrykę, tak mi się wtedy wydawało, ale trafiłem na porę deszczową. I pierwsze uczucie, że ja naprawdę jestem w Afryce. Biali rzadko mijani na ulicy. Na pierwszy rzut oka: bieda, ciągłe prośby o pieniądze, o coś do jedzenia. Wieczorami dym żrący w oczy, bo w 750 tysięcznym mieście przygotowuje się posiłki na zewnątrz, trzy kamienie, palące się drzewo i garnek. Pełno rozkładających się śmieci. Wszechobecni mundurowi z kałasznikowami. Gdy słońce osusza ziemię, unoszący się i wdzierający się wszędzie czerwony kurz. I pośród tego wszystkiego uśmiechnięte dzieci. Takie zrobiłbym pierwsze zdjęcie mojej Afryki.

Cały świat jest różnorodny, bogaty w kultury i narody. Afryka jak i Europa nie jest jednolita. Mojej oznacza tu, że gdy mówię lub piszę o Afryce lub Afrykańczykach, po pierwsze opisuję moje odczucia, spostrzeżenia i po drugie, chodzi mi o Republikę Środkowoafrykańską. Co jak potwierdzają inni Afrykańczycy tu przybywający, kraj wyjątkowo różny od innych, przynajmniej sąsiadujących. Dawniej stanowiący część Francuskiej Afryki Równikowej, dziś zamknięty w sercu tego kontynentu, bez dostępu do oceanu. U jego podstaw jako republiki stoi Bartelemy Boganda, pierwszy ksiądz centroafrykański, który porzucił kapłaństwo, by stanąć na czele rządu swego narodu. Chciał podźwignąć swych braci, ale zginął w rok po ogłoszeniu republiki, w wypadku samolotowym, prawdopodobnie w zamachu w 1959 roku. Nie dożył  tym samym chwili ogłoszenia niepodległości w 1960. Od tego momentu do dzisiaj zmiana władzy dokonuje się praktycznie zawsze za pomocą zamachów zbrojnych. Do głośnych postaci tego okresu należy cesarz Bokassa (1965-79), który przyczynił się niemało do rozwoju kraju. Ale też i wiele naród ucierpiał za jego przyczyną. W każdym bądź razie misjonarze, którzy pracują tu od 40, albo 50 lat widzą wyraźny regres kraju. I wszyscy zgodnie twierdzą, że bez pomocy z zewnątrz naród ten sam się nie podniesie. Z drugiej strony pomoc jest trudna, bo ciągle są zamieszki. Ostatnie zbrojne przejęcie władzy dokonało się w 2003 roku, ale do dzisiaj, od czasu do czasu dochodzą do nas echa walk na północy kraju. Wspomniane położenie geograficzne i kiepski stan dróg sprawia, że transport jest drogi co też pociąga za sobą niewyobrażalnie drogie czasami towary. Dla przykładu: worek cementu w Kamerunie kosztuje 4500 F , w stolicy RCA 9000 F , a u nas w Bangassou 14000 F ( 1000 F około 6 zł PLN). To wszystko powoduje, że jest bieda, podczas, gdy kraj posiada bogactwa naturalne takie jak: drzewo, złoto, diamenty czy złoża uranu. Bieda z kolei pociąga za sobą zniszczenie moralne narodu, kłamstwo i kradzież wydają się być na porządku dziennym. I tak jak w rozwoju ekonomicznym kraju dostrzega się regres, tak też widzi się to w moralności.

Mówi się, że serca Centroafrykańczyków się zepsuły. Dziś, inaczej jak dawniej, trudno jest o bezinteresowną pracę, na rzecz Kościoła, podczas gdy On w taki sposób pracuje już od 112 lat.

Tak, Kościół tutaj to jeszcze niemowlę. Początek, to rok 1894, kiedy to pierwszy duchacz przypłynął małym parowcem zwanym Leonem XIII rzeką Oubangui, na tereny dzisiejszej stolicy i ufundował pierwszą misję pod patronatem Św. Pawła. Kolejny przypadek sprawił, że po moim tu przybyciu pierwszą niedzielną Mszę sprawowałem właśnie w tym Kościele. Potem, gdy poznałem historię, było to dla mnie niezwykle wymowne, to tak jakbym zaczynał u nas od Katedry w Gnieźnie. Z kolei, gdy mówi się o Ewangelizacji tego kraju, to nie sposób nie zacząć od duchaczy. To tak jakby w historii naszego kraju nie mówić o Św. Wojciechu i Chrzcie Polski. To ci, którzy zawierzyli swoją rodzinę zakonną Duchowi Świętemu, oni właśnie przynieśli tu Ewangelię pierwsi.

Potem, gdy poznaje się dalszą historię, to jak by się poznawało. Podróże misyjne Św. Pawła. Niemalże z roku na rok powstają nowe misje oddalone od siebie o setki kilometrów. Na misjach zakładane są szkoły, małe ośrodki zdrowia. Misjonarze formują swoich wiernych także na poziomie rolnictwa, stolarki czy murarki. Pełni gorliwości apostolskiej, bracia przemierzają nie deptaną wcześniej białą stopą  czerwoną ziemię Serca Afryki. Pieszo, pirogą, statkiem parowym, na grzbiecie wołów czy koni, z czasem rowerem, motocyklem czy w końcu samochodem, a nawet małym samolotem misji katolickiej. I to wszystko SPIRYTYNI, jak są tu z francuskiego nazywani duchacze. Wierzcie mi, że odkąd kroczę ich śladami, przestałem się zastanawiać dlaczego trafiłem do tego zgromadzenia.

Czuję się prowadzony przez Ducha Świętego i teraz tak samo widzę te minione lata. Lata naznaczone ciągłą fascynacją i rozczarowaniem, zderzeniem tego, co mocne mocą Ducha z tym co słabe ludzką słabością. I powiem trwać, po prostu trwać. A znakiem nieustannej obecności Tego, który zstąpił na apostołów jest dla mnie unoszący się stale czerwony kurz Afryki, także w kuchni.

To Niemowlę w sercu Kościoła Powszechnego, to żywa wspólnota wspólnot. Nawet w najmniejszej grupie wiernych, w jakiejś wiosce są obecne ruchy świeckich Kościoła. I praktycznie każdy staje się członkiem jednego z nich. Ta  wspólnota wspólnot ma jeden rys, który dla mnie jako Polaka, jest bardzo drogi. Początkowa ewangelizacja przez naszych braci francuskich, potem także holenderskich i później włoskich kapucynów dała Kościołowi w Sercu Afryki, wyraźny, niezatarty rys pobożności Maryjnej. I choć nie ma Godzinek i Majowego, to jest za to Legion Maryi. Jeden z liczniejszych ruchów świeckich, skupiający zarówno mężczyzn, jak kobiety i dzieci. I chyba nie ma legionisty, który nie znałby różańca. Mając na uwadze ten rys i niedawną Pielgrzymkę Ojca Świętego Benedykta XVI w Polsce, chcę wyrazić tutaj moje przekonanie, że gdzieś tam w najdalszych zakątkach buszu ciągle ktoś czeka na polskich misjonarzy. Tu nie można nie odpowiedzieć na ten wyraźny apel. Także i w tym Kościele zwycięstwo przyjdzie przez Maryję.

Ten rys maryjny tutejszego Kościoła nie oznacza wcale, że jest on taki jak w Polsce, bo sytuacja jest zupełnie inna. Chrześcijanie stanowią zaledwie 35 % ludności, 5 % muzułmanie, pozostałe 65 % to wierzenia animistyczne. Pośród wiosek, nad którymi sprawuję opiekę, nie ma nawet jednej, gdzie byłby tylko Kościół Katolicki. Dwa, a czasami trzy, albo nawet cztery różne kościoły protestanckie i sekty wyrastające jak grzyby po deszczu, wywodzące się z tych Kościołów. Stąd jeśli w którymś momencie zabraknie systematycznego odwiedzania wspólnoty wiernych, przez kapłana, a do tego jeszcze nienajlepsze zachowanie miejscowego katechisty sprawi, że kiedyś odnajdziemy się tylko z kilkoma osobami na Mszy, bo inni przeszli do sąsiedniego Kościoła, gdzie śpiewano głośniej, albo też z innych powodów, rzadko jednak ze względów doktrynalnych. Jak było w przypadku starszej kobiety, którą katechista mi przedstawił, że chce ona stać się katoliczką.

Niestety nie z powodu mojego płomiennego kazania, ale po prostu jest już stara i schorowana, kościół protestancki jest daleko a bliżej ma do katolickiego. A przecież Pan  Bóg i tak jest jeden, z kwitowała moje wątpliwości co do jej nawrócenia.

W naszym sektorze, gdzie jest  25 kaplic pracujemy we dwóch. Odwiedzamy więc regularnie wspólnoty, karmimy Słowem i Ciałem, udzielamy sakramentów, staramy się regulować problemy wspólnot, uczymy katechizmu, formujemy katechistów i tak zwyczajnie spędzamy czas z wiernymi jedząc i pijąc co podadzą. Do tego towarzyszenie ruchom kościelnym. A po ostatnim spotkaniu regionalnym wszystkich duchaczy w RCA zadecydowaliśmy jeszcze o dwóch nowych projektach dotyczących bezpośrednio nas: o budowie wiejskiej szkoły w naszym sektorze i budowie internatu w Bangassou, by potem dzieci mogły kontynuować naukę w mieście. Życie tutaj wzywa zgromadzenie do ciągłego włączania się w dawne i nowe formy pracy na poziomie: edukacji, zdrowia i szeroko pojętej formacji.

Co jem na misjach? Zapewniam, że jem dobrze. Gdy jestem na wioskach jem, to co mi podadzą.  Podstawą wyżywienia jest maniok, którego zarówno bulwy jak i liście są jadalne ( co to jest, to trzeba sprawdzić w encyklopedii). Poza tym maniok, ryż (uprawiany tutaj, ale inny niż w Chinach), banany, pataty, kukurydzę, orzeszki ziemne. Oczywiście też najprzeróżniejsze owoce i warzywa. Z mięs najczęściej kurę afrykańską, czyli zwykłą wiejska kurę.

Czasami mięso jakiejś antylopy, dzika, czy słonia (choć polowanie na słonie jest zakazane, to mięso można kupić bez problemu. Gdy ktoś mnie zaprosi na posiłek, to naprawdę ale jestem zmuszony jeść dużo, żeby nie obrazić zapraszającego. Czasami je się  rękoma ze wspólnej miski, czasami znajdują dla mnie jakiś widelec czy łyżkę. Niejednokrotnie jak tylko zauważę jakieś zakłopotanie, że czegoś szukają błogosławię posiłek i zapraszam do wspólnej miski, zawsze jednak wszyscy myją ręce.

Jak się mówi o Afryce, nie sposób nie wspomnieć o AIDS. Organizacje europejskie, ogólnoświatowe i Kościoły także, organizują różne sesje formacyjne by ludzie poznali tę chorobę i wiedzieli jak się ustrzec, zanim ta choroba pozna ich (pisałem o tym z jednym z listów). Pewnego razu u początków mojej tu obecności, chcąc zobaczyć jak działają tu ruchy kościelne, brałem udział w sesji formacyjnej dla pewnego ruchu młodzieżowego. Jeden dzień był poświęcony na temat zdrowia z naciskiem na problem AIDS. Zaproszeni byli różni goście ze szpitala miejskiego, był pokaz filmu i przy końcu dnia przyszła pewna siostra franciszkanka ze swoim wystąpieniem.

Prowadzi ona diecezjalne centrum do walki z AIDS, gdzie można darmo się przebadać, a także  chory może doznać godziwej opieki. Siostra zanim zaczęła swoje wystąpienie, zapytała młodych: Po całym dniu co wiecie już na temat tej choroby? Podniosła się odważna młoda dziewczyna i odpowiedziała: Trzeba używać prezerwatywy. O zgrozo, i to się działo w ramach formacji ruchu kościelnego. Niestety, ale często tak się zaczyna, albo na tym się skupia sensybilizacja świeckich organizacji na temat AIDS i trzeba naprawdę uważać kogo się zaprasza. Mało, zbyt mało się mówi, nawet w Kościele czasami, na temat wstrzemięźliwości seksualnej i wierności małżeńskiej. Na szczęście i w tym przypadku wspomniana siostra stanęła na wysokości zadania, także odważnie podając przykład swego życia zakonnego.

Potrzeba formacji na tym poziomie także, ale potrzebne jest świadectwo czystej miłości ludzkiej. Stąd też potrzeba i wezwanie do młodych misjonarzy świeckich, do małżeństw, które już się pojawiają i swoim życiem pokazują, że miłość cierpliwa jest. Serce Afryki potrzebuje czystych serc młodych ludzi.

Afryka! Czy widziałem wiec słonia? Niestety nie i może po wielu latach pracy go nie zobaczę, ale zjadłem już ładnych parę kilo. Mimo zakazu polowania zwierzęta te są trzebione i nie są już tak liczne jak dawniej. Na rynku można kupić mięso tego olbrzyma, natomiast na każdym kroku oferują liczne pamiątki z kości słoniowej albo z jego włosia. By je jednak dostrzec W tych miejscach, po których się poruszam, trudno o te atrakcje. Ale wierzcie mi, że one są. Niedawno pilot misji katolickiej pokazywał mi swoje zdjęcia tu zrobione, były więc tam i słonie, żyrafy, hipopotamy, antylopy, bawoły, lwy, i inne. Niestety, ale do tych miejsc moja toyota nie dociera. Natomiast docierają do mnie pająki i węże, nawet do progu mego pokoju.

Afryka - dzieci i młodzież, przyszłość tego kontynentu. Przyszłość, o która rządzący nie dbają. Często szkoły prowadzone przez misje są jedynymi szkołami. Państwowe z powodu strajków, braku płac dają mizerne efekty. Na przykład zaczynają rok szkolny w grudniu i kończą w czerwcu. Liceum można skończyć tylko z czterema przedmiotami, bo nauczyciele wolą iść w pole, niż pracować i nie mieć na utrzymanie rodziny.

Jak patrzę na Kościół i jego działalność tutaj, i z drugiej strony z prasy polskiej, z telewizji, bądź z Internetu słyszę o ciągłych nagonkach na Kościół Katolicki w Polsce, kompletnie nie rozumiem tych ludzi. Albo są ślepi, albo zakłamani, albo mają tylko jeden cel: zniszczyć Go. 

W Bangassou nie ma przemysłu, w stolicy tez nie wiele lepiej, stad możliwości pracy są niewielkie . Najpowszechniejsze to uprawa polu i handel.

Praca w polu nie dająca wielkiego dochodu, bo nikt prawie nie skupuje na wielka skale, stad nie ma wielkich plantacji. Natomiast nie pozwalająca umrzeć z głodu. Uprawia się praktycznie dla siebie i na handel wymienny: maniok, banany, ryż, orzeszki, pataty, kukurydze, fasole , ananasy, itd. Ale to jest praca ciężka, brudząca i trzeba się przy niej spocić, więc nie wielu mężczyzn się za to łapie, niewielu, ale są tacy. Potem jest handel tym co się znalazło na polu, w dżungli czy gdziekolwiek.

To co jest charakterystyczne tutaj w handlu, to nie sprzedaje i nie kupuje się  praktycznie hurtowo. Mówi się, że dawniej wynikało to z potrzeby dialogu. Bo gdy sprzedał wszystko, to co potem będzie robił przez resztę dnia, no I to, że przy każdej sprzedanej sztuce rozmawia się z kupującym. Wiec ostatecznie nie towar jest ważny, ale osoba: kupująca i sprzedająca.

Dzisiaj, wydaje mi się wynika to też jeszcze z ubóstwa, nikogo nie stać na hurtowe zakupy, stąd dziecko kupuje cukierka, garść orzeszków, banana, gumę do żucia, lizaka. Podobnie można kupować gwoździ na sztuki.Inną możliwością pracy, to jest tak zwana posada funkcjonariusza.

Czyli takie jak policjant, wojskowy, nauczyciel, lekarz, celnik, itd. Z definicji funkcje te są płatne przez państwo, a w rzeczywistości państwo zalega z płaceniem nawet od dwóch czy więcej lat. Stąd jedni, nawet mężczyźni porzucają ciepłe, ale nie płatne posady i łapią się za motykę. Na szczęście nie do walki, ale by iść w pole, by choć dzieci miały co jeść.

Inni jednak nie chcąc się plamić tym rodzajem pracy i pocić  w afrykańskim słońcu pozostają na stanowiskach radząc sobie w życiu na drodze korupcji, żeby nie powiedzieć rozboju pod płaszczem munduru. Pośród tych funkcjonariuszy trafiają się często formowani w Europie, najczęściej we Francji. Wysyła się ich nie tylko dla formacji zawodowej ale i dla zmiany mentalności. Często jednak zbyt dobrze uformowani, ze po powrocie nie zaginają rękawów do pracy, ale siedzą spokojnie przy biurku, no bo są przecież zbyt dobrze wyszkoleni to tak zwykłej pracy.

Bardzo często przychodzi do nas młoda kobieta z dzieckiem prosząc o jedzenie. Antonio wyjaśnił mi, że ona ze swoją dwuletnią dziewczynką są więźniami. Z tym że tutaj więźniowie w ciągu dnia są wypuszczani na wolność by użebrać coś do jedzenia, w przeciwnym razie umarli by z głodu. A trafiła do więzienia, bo sąsiedzi podali ja do sadu, że jest LIKUNDU, czyli czarownica, że ma moc czynienia zła. Tu wchodzimy na grząski teren afrykańskiego świata maggi, czarów, zabobonów. Tu muszę przyznać, że nie wiem za wiele, jest tu dużo do odkrycia, a centroafrykańczycy niezbyt chętnie to wyjaśniają, stąd czasami dowiaduję się czegoś więcej z książek niż z życia.

Likundu . Np. W jednej z naszych wiosek kobieta, która nie miała pokarmu w piersiach dla wykarmienia swego dziecka okrzyknęła, że powodem tego nieszczęścia jest 13 letnia dziewczynka, niemowa, która rzuciła na nią zły urok. Schemat jest ciągle ten sam. Likundu, okrzykuje się osobę, słabą, upośledzoną, chorą lub starą i samotną, czyli mówiąc bezbronną, tzn. która nie jest w stanie się sama obronić i nie ma z nikąd ratunku. I mówi się że to ona jest winna nieszczęściu w wiosce. Np. Orzeszki nie obrodziły, winny jest likundu. Niejednokrotnie rozwiązaniem jest zabójstwo, stąd więzienie okazuje się schronieniem.

Inne to MAMIWATA (czyt. mamiłata), co można by nazwać zwyczajnie żaluzją. A chodzi o to, że gdy we wiosce jest ktoś, komu się dobrze powodzi, np. pole niesamowicie obrodziło, tzn., że on jest Mamiwata, on ma zdolności pożerania dusz, w sensie zawładnięcia osobą i te osoby w nocy pracują na jego polu.

LUDZIE  KAJMANY. Według tych, którzy wierzą w ich istnienie w rzece są poziomy w wodzie  gdzie nie ma wody. Zawile co. Jest poziom pod woda gdzie nie ma wody. I tam można normalnie się spacerować. Kidy ci ludzie kajmany upatrzą sobie ofiarę wchodzą w tę przestrzeń, I w momencie kiedy ofiara przepływa pirogą wciągają ją pod wodę. Jest ona jako ofiara dla ich ducha, albo tez krew ich jest drogo sprzedawana. Ale tu wyjaśnienie nie było jasne komu, gdzie, jak i za jaką cenę jest sprzedawana? Jedno jest pewne że jest drogo sprzedawana. a to nam wyjaśniał nauczyciel sango i francuskiego, czyli można powiedzieć wykształcony a który zna kogoś, kto uciekł z rąk ludzi kajmanów, żyje i opowiada to.

Tak jak zaznaczyłem na początku ten świat jest trudny do odkrycia. czasami wydaje się że coś wiem, a może się mylę w jego rozumieniu. Pewne jest, że są tacy, którzy w to wierzą i się boją. To w jakiś sposób wyjaśnia ich model świata, zjawiska zachodzące. Na pewno nie można się śmiać, bo w ten sposób nigdy się nie odkryje więcej.

Pewna śmieszna sytuacja: Ludzie tutaj bardzo często proszą o coś do jedzenia. A kiedy proszą zazwyczaj zadzierają do góry koszulkę jedną ręką, a drugą pokazują brzuch, że niby jest pusty. Nasz nowy stażysta, choć Afrykańczyk bo z Gabonu, zupełnie nie znał tego zwyczaju. Jakież było jego zakłopotanie, kiedy pozdrowił starszą kobietę siedzącą przed naszym domem, a ta mówiąc mu, że jest głodna, zadarła swoją koszulkę ukazując mu nie tylko brzuch ale wszystko od szyi po pępek, jak w akcie stworzenia prawie. Ja jako biały się czerwienie w takiej sytuacji, po nim tego nie było widać.

Jak można pomóc? Czasami wydaje nam się, że wszyscy proszą o pieniądze i na to odpowiadają zwykle ludzie starsi. Dwie najbardziej pomocne formy, bym powiedział nawet nierozerwalne: modlitwa i nowe powołania. To znaczy ja zwyczajnie proszę o codzienną pamięć w modlitwie. Po drugie: proszę młodych, Kościół Was potrzebuje także na innym kontynencie. Ciebie jako księdza jak i siostry zakonnej, duchownego jak i świeckiego. Ciebie jako mechanika i pielęgniarki, stolarza i nauczycielki, murarza i wykładowcy uniwersyteckiego, itp. Są wielkie dzieła zakładane na misjach, które czasami są opuszczone po latach, bo nie ma komu tego kontynuować. Kościół katolicki w Polsce musi się podzielić sobą z innymi.

Jakie inne formy pomocy? Wcześniej myślałem, że faktycznie wystarczy wziąć Biblię pod pachę i do przodu. Teraz mówię szczerze, że potrzeba także pieniędzy. W kraju, w którym pracuję, jeszcze długo wierni nie będą w stanie utrzymać swoich pasterzy. Wiesz jaka jest różnica między kopertą w Afryce a tą w Polsce. W Polsce jak ktoś daje Księdzu kopertę, to znaczy ze w środku są pieniądze, tutaj jak ktoś mi daje kopertę, to znaczy, że w środku jest prośba o pieniądze. Daje mi kopertę, siada I prosi żebym sobie czytał. W liście używając wszelkich tytułów, że jest moim dzieckiem, bratem w Chrystusie, że jestem jego jedynym ratunkiem, jeśli mu nie pomogę, to on umrze. I po czym wymienia wszelkie choroby, nieszczęścia jakie go spotkały I podaje sumę o jaką prosi. Nie przedstawia prośby słownie ale na piśmie, tak żebyście wiedzieli że ja się dobrze inkulturuję, to w Polsce też będę wam wręczał koperty. Poza tym jakieś dary, zbiórki, zależne od potrzeb. Aktualnie pewni znajomi rozpoczęli zbiórkę używanych okularów, które komuś są niepotrzebne, a tu okażą się zbawieniem dla chorego. Czy po prostu, najzwyklejszą pomocą jest utrzymywanie korespondencji z misjonarzem.

Podjęcie duchowej adopcji konkretnego dziecka, którego zainteresowany otrzyma zdjęcie. Ale duchowej oznacza tutaj także zobowiązanie się do systematycznej ofiary na szkołę dla niego w ciągu kilku lat. Już dzisiaj nawiązałbym też kontakt z kimś, kto zdecydował by się podjąć takiej samej formy opieki dziewczyny, która chce zostać siostrą zakonną, ale nie ma środków na szkołę, która jest wymagana. Ale jeszcze raz podkreślam największą pomocą jest dar z siebie, polscy misjonarze, świeccy misjonarze.

Z Bogiem. Krzysiek


Znajdź nas


Komisja Episkopatu Polski
ds. Misji


ul. Byszewska 1
skr. poczt. 112
03-729 Warszawa 4

tel. +48 22 679 32 35
km@misje.pl

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
123 0.11834192276001