22 wrz

Niech Będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Czas upływa bardzo szybko na afrykańskiej ziemi, więc przepraszam za brak wiadomości ode mnie. Złożyło się na to wiele przyczyn. Pomimo zaawansowanej techniki w RPA w wielu miejscach dostęp do Internetu czy zwykłej poczty jest ograniczony. Miałem okazję tego doświadczyć zaczynając moje misyjne doświadczenia w KwaZulu-Natal. Początki pracy misyjnej są zawsze bardzo trudne, różnica kultur i mentalności, a przede wszystkim bariera językowa. Zulusi w większości nie znają języka angielskiego, szczególnie w tzw. rural area czyli w wioskach zuluskich, daleko od miasta, gdzieś pomiędzy pięknymi górami. W takiej właśnie okolicy rozpocząłem misyjną pracę i naukę języka zulu. Biskup diecezji Dundee - Michael Paschal Rowland posłał mnie do prawdzie misyjnej parafii w Mhlumayo, 50 km od Ladysmith. Misję założyli o.Franciszkanie, obecnie proboszczem jest lokalny kapłan. Na terenie misji tylko proboszcz fr. Muzi Mbingo (Zulus) i kilka sióstr zakonnych znają język angielski. Od samego początku zacząłem naukę języka i kultury Zulusów. Zmagania z tym co nowe, tzw. "szok kulturowy" minął w miarę szybko. Oprócz problemów językowo-kulturowych nie brakowało też problemów życia codziennego, np. brak wody do picia czy problem zwykłych zakupów w mieście. Będąc "studentem" w zuluskiej szkole życia korzystałem z pomocy fr. Muziego i sióstr Dominikanek z Monte Bello (lokalne afrykańskie zgromadzenie). Zakupy i poczta tylko w najbliższym mieście Ladysmith. W czasie kursu językowego nie miałem samochodu, więc wyjazd do miasta zależał od proboszcza, który zwykle odbierał pocztę i robił zakupy raz w tygodniu. Mhlumayo to piękna okolica, prawdziwa misja w górach KwaZulu-Natal. Żartobliwie to piękne miejsce można nazwać "Koniec świata", bo tam właśnie kończy się droga, a najbliższym sąsiadem jest Gazda nad gazdami - Pan Bóg. Okolica przepiękna i zarazem niebezpieczna, bardziej ze strony ludzi niż jadowitych węzy, których nie brakuje. Zuluska kultura to kultura siły i przemocy, zresztą tak było od wieków. Nieustanne walki między lokalnymi królami i przelew krwi to część zuluskiej mentalności, zachęcam do obejrzenia filmu "Zulus Shaka", który dość dobrze oddaje atmosferę zuluskiego życia. Przemoc pomimo upływu czasu pozostała, i nawet teraz nie brakuje przemocy, morderstw i tzw. hijaking (porywanie samochodów) jest na porządku dziennym. Posiadanie pistoletu jest tutaj tak normalne, jak kiedyś włóczni i tarczy. W tej okolicy spotkanie białego człowieka graniczy z cudem, wyjątkiem są misjonarze. Biali unikają takiej okolicy z racji na grożące niebezpieczeństwa. Pomimo przemocy kapłani i misjonarze są bardzo szanowani, a wdzięczność można doświadczyć na każdym kroku. Początek pracy był wspaniały, radosne przywitanie i wszyscy uścisnęli dłoń nowego misjonarza. A potem nieustanna lekcja zulu, spotkania z ludźmi, Msze św. w zuluskich chatkach, wspólne posiłki - radość misyjnego życia. Najlepszymi nauczycielami języka były dzieci - ministanci z naszej misji. Mój pobyt w Mhlumayo, pierwsze doświadczenia i nauka języka to był bardzo trudny, ale zarazem bardzo owocny czas. Starałem się mówić jak najwięcej (nie mam z tym problemów, jestem gadatliwy z natury), spotykać ludzi i jeść zuluskie smakowitości. Podstawą jedzenia jest mięso krowy czy kozy, których tutaj nie brakuje i milipap czyli gotowana mąka kukurydziana. W mieście można kupić europejskie jedzenie, ale zuluska kuchnia naprawdę smakuje. Wyrazem szacunku jest gotowana czy pieczona kura, którą jadłem (niestety) prawie cały czas, a wołowina była miłym urozmaiceniem. Tak minął mój początek pobytu w pięknej, górzystej Zululandii. Cudownym doświadczeniem z Mhlumayo była Wielkanoc i zuluskie przeżywanie Świat Zmartwychwstania.

Kolejnym miejscem mojego pobytu było Dundee i parafia katedralna. Dundee to miasto z katedrą, biskupem i dużą katolicką wspólnotą ludzi o rożnych kolorach skóry: biali, czarni, kolorowi (mieszanka ras), hindusi. Ciekawe doświadczenie miasta i townshipu obok Dundee - Sibongile. Pozostałością apartheidu są townshipy, wydzielone miejsca obok miast, gdzie czarni mogli się osiedlać. Kolorowi i hindusi też mieli wydzielone miejsca i tak apartheid istnieje do dziś. Mój pobyt w Dundee przez miesiąc po Wielkanocy to duszpasterska pomoc ? zastępstwo proboszcza w katedrze. Doświadczyłem pozytywów z życia w mieście, a zakupy i zwykłe codzienne sprawy zajmowały mniej czasu. To była krótka przerwa w nauce zulu, chociaż Msze w townshipie i rozmowy z ludźmi były oczywiście w zulu.

Po zastępstwie w Dundee wróciłem na "łono natury" czyli do innej misji obok Ladysmith - Amakhasi. Misja lepiej wyposażona, brak problemów z wodą itp. Tu życie było lżejsze niż w Mhlumayo. Równie piękna okolica pośród gór, tym razem z dużymi zuluskimi wioskami i tylko 4 dojazdy oprócz głównej misji. Duże katolickie wspólnoty z pięknem zuluskiego śpiewu i tańca w czasie liturgii i nie tylko. Na terenie misji jest szpital, Dom Opieki dla Starszych, przedszkole. Moja dalsza nauka języka zulu i zuluskiej kultury i zwyczajów. Okolica równie niebezpieczna dla niedoświadczonych i nierozważnych, przemoc jest nieodłączną częścią Południowej Afryki szczególnie po obaleniu apartheidu w 1994 r. Uroki afrykańskiego życia połączone ze smutkami biedy i rodzącej się w bólach demokracji. Z Bożą Opieką nie miałem żadnych złych doświadczeń. Miejscowi oswoili się z widokiem mojej "bladej twarzy" i jedyny biały wrósł krajobraz zuluskiej okolicy. Niestety nie na długo...

Po miesiącu znowu czekała mnie zmiana miejsca. Nie tylko zmiana misji, ale również zmiana prowincji (województwa). Z KwaZulu-Natal biskup przeniósł mnie do Bethal - miasta w prow. Mpumalanga, bliżej do Pretorii. Nasza diecezja ma dosyć ciekawy kształt i zajmuje część KwaZulu-Natal i część Mpumalangi. Nowe miejsce, inna okolica bez gór, z kominami elektrowni i kopalniami węgla, przemysłowa okolica z ludźmi z całej Południowej Afryki. Prawdziwa mieszanka kulturowa i językowa, duże towshipy z dominującym językiem zulu. Na okres 3 miesięcy zastąpiłem proboszcza, który wyjechał na wakacje do Anglii. Nowe wyzwanie, nowe doświadczenia i 6 różnych kościołów. Dwie angielskie parafie Bethal i Kriel (2 sąsiadujące miasta w odległości 50km) i 4 inne dojazdy z zuluską liturgią. Najbliższy dojazd township Mizinoni z dużą zuluską wspólnotą. Na szczęście w zdobywaniu doświadczenia i w nauce zulu pomagał mi nowowyswięcony diakon w naszej diecezji, lokalne powołanie, Mandla Marota. Czas bogaty w doświadczenia i w praktykę "bycia proboszczem" na afrykańskiej ziemi. Od prozaicznych spraw typu rachunki czy zakupy po pracę duszpasterską w dwóch językach jednocześnie: angielskim i zulu. Wiele radości sprawiła mi wizyta duszpasterska moich angielskojęzycznych parafian w Bethal i Kriel. Nie brakowało też kłopotów, zaczynając od zwykłego zimna afrykańskiej zimy (czerwiec, lipiec, sierpień w nocy nawet poniżej zera, choć bez śniegu) poprzez problemy z instalacją elektryczną i małym pożarem z tego powodu. Nie było czasu na nudę, remonty w międzyczasie i zwykła proza życia, praca duszpasterska - dojazdy z najdalszym oddalonym o 70km kościołem. Poza tym pomoc duszpasterska w sąsiedniej parafii w Secundzie w każdą niedzielę wieczorem. Pozytywem Secundy były miłe spotkania z Polakami, których w RPA nie brakuje. Szybko minęły 3 miesiące i wróciłem do Amakhasi na dalszą naukę zulu.

Powrót do Amakhasi, pobyt pełen radości i nauki języka i zuluskich zwyczajów. W październiku wróciło upalne lato, więc mogłem się cieszyć upalną Afryką, gdy w Polsce jest zimno. Afrykańskie lato w RPA to 30st. ciepła z ulewnymi deszczami. Wszystko w Afryce jest duże, duże są odległości, duże są też  afrykańskie burze z piorunami, po których z reguły brakuje prądu. Z każdym dniem misyjna praca przynosi coraz więcej doświadczeń i coraz więcej radości. Lepsza znajomość języka i kultury owocuje w pracy. Teraz w mentalności jestem bardziej Afrykańczykiem niż europejczykiem, a Afryka stała się moim domem. Zulusi stali się moimi przyjaciółmi, a lokalni księża to teraz moi koledzy. W grudniu cieszyłem się święceniami kapłańskimi naszego nowego kapłana w diecezji, kiedyś współpracownika w Bethal, Mandli Marota. Święcenia i Prymicje w zuluskiej wersji sprawiły wszystkim wiele radości. Zuluskie tańce i śpiewy dodały liturgii niecodziennego wymiaru. W Polsce koniec maja i początek czerwca to "kapłański czas", a w RPA to upalny grudzień. W czasie pobytu w Amkhasi miałem okazję zobaczyć wiele tradycyjnych zuluskich zwyczajów i uroczystości. Obrzędy afrykańskiego małżeństwa w tradycyjnych zuluskich strojach, bogactwo tańca i śpiewu, obrzędy zuluskiej inicjacji itp. Jestem bogaty w doświadczenie tego co zuluskie, zaczynając od języka na historii zuluskich królów kończąc. Pomimo wielu trudności jestem szczęśliwy w Afryce i to jest z pewnością ?moje miejsce?.

Biskup Michael zaproponował mi objęcie parafii w Bethal, w której pracowałem już zastępując miejscowego proboszcza. Zgodziłem się podjąć nowe obowiązki z radością. Znam ludzi, okolicę praca będzie łatwiejsza przynajmniej na początku, bo "pierwsze lody już zostały wcześniej przełamane" (Co prawda w afrykańskim upale można tylko pomarzyć o lodzie i śniegu). Zanim objąłem parafię w Bethal spędziłem moje pierwsze upalne Boże Narodzenie w Amakhasi pośród zuluskich przyjaciół. Zupełnie nowe doświadczenie bez Wigilii, opłatka, choinki i najbliższych. Boże Narodzenie w RPA to typowe rodzinne świętowanie, gdy gromadzi się razem cała rodzina. W Polsce kościoły są pełne wiernych, a w Afryce ludzi mniej niż w zwykłą niedzielę. Duchowe i religijne przeżywanie Bożego Narodzenia ma zupełnie inny wymiar, a Wielkanoc rzeczywiście przewyższa Boże Narodzenie. Po świętach radość Bożego Narodzenia dopełniła kolejna kapłańska uroczystość - Śluby Wieczyste jednego franciszkanina z mojej pierwszej misji w Mhlumayo. Miałem okazję świętować wraz z moim przyjacielem tę niecodzienną chwilę w Mhlumayo, gdzie stawiałem pierwsze misjonarskie kroki. Brat Nkosinathi (po pol. Pan jest z nami) świętował wraz całą misją swoje śluby. Mogłem się cieszyć z moimi przyjaciółmi, którzy naprawdę docenili moją obecność. Byli nieco zawiedzeni, że zamiast pracować z nimi w Mhlumayo wyjeżdżam do Bethal.

Tak zaczął się kolejny etap mojego pobytu i nareszcie czas się wreszcie rozpakować i zająć konkretną misyjną pracą. Jak wcześniej wspominałem znam całą parafię, wszystkie kościoły, pracy nie brakuje. Plany na ożywienie wszystkich wspólnot powoli klarują się i z Bożą pomocą dojdą do skutku. Materialne sprawy sa drugim miejscu, bo to co istotne to właśnie niematerialne, duchowe. Co prawda do realizacji marzeń o samofinansującym się Kościele w Afryce trzeba będzie jeszcze długo czekać. Pomoc, szczególnie tym najbiedniejszym w parafii mieszkającym w domach zbitych z "czegokolwiek" jest wręcz niezbędna.

Serdecznie dziękuję za pomoc przede wszystkim za duchowe wsparcie. Codziennie czuję płynącą z Polski modlitwę i wiem, że wielu modli się za mnie. Takiej pomocy oczekuję zawsze i wciąż .... Niech Pan Bóg wszystkim za dobroć wynagrodzi. Dziękuję również za finansowe wsparcie. Świadomość, że Komisja Misyjna wciąż o mnie pamięta dodaje mi sił do pracy misyjnej. Nikt nie jest samotną wyspą. Wszyscy Przyjaciele są mi bliscy i pamiętam o Wszystkich w moich modlitwach. W Pierwszą Sobotę miesiąca we Mszy Św. ogarniam modlitwą wszystkich, którzy wspierają moją misyjną pracę w Południowej Afryce.

Pamiętający w modlitwie

Ks. Piotr Kaliciński

Ojciec Misjonarz z RPA 22.09.2005


Znajdź nas


Komisja Episkopatu Polski
ds. Misji


ul. Byszewska 1
skr. poczt. 112
03-729 Warszawa 4

tel. +48 22 679 32 35
km@misje.pl

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
123 0.11376118659973