19 lis

Rozmowa z Franciszkaninem Ojcem Rafałem Dryjańskim posługującym w Peru

Wywiad dla czasopisma Extra Ecclesia NR 7-8 (8) sierpień/wrzesień 2015

Parafialna szkółka w Pariacoto, fot.o.Zbigniew Świerczek OFMConv

EE: Pariacoto to Ojca pierwsza placówka misyjna?

Tak. Zostałem wyświęcony w 2007 roku i pracowałem tylko rok w Jaśle na Podkarpaciu, zaraz potem pojechałem do Peru. W Pariacoto byłem cztery lata przy grobach męczenników, od 3 lat posługuję w Chimbote.

EE: Jakie były pierwsze wrażenia po przylocie?

Szok! Przede wszystkim ze stylu ich jazdy. Można powiedzieć, że to jeden wielki chaos. Później się przyzwyczaiłem i zobaczyłem, że ten chaos ma swój sens i dzisiaj jeżdżę tak jak oni. Na wybrzeżu ludzie są bardzo otwarci, czasem nawet za bardzo. Ludzie gór są natomiast nieufni. Patrzą, obserwują, rozmawiają w swoim dialekcie. Początkowo człowiek jest zafascynowany ich kulturą, krajem, w drugim roku wszystko zaczyna go denerwować, bo jest chaotyczne i niepoukładane. My się denerwujemy, a oni tego nie rozumieją. Później my zaczynamy ich rozumieć i żyć tak jak oni. Lima to wielkie miasto, szacuje się, że ma dwanaście milionów mieszkańców. Gołym okiem widać ogromne dysproporcje społeczne. Z jednej strony bardzo bogate dzielnice, z drugiej strony, na obrzeżach miasta – slumsy. Gdyby tym krajem rządzili Szwajcarzy albo Niemcy byłby najbogatszym państwem na całym świecie. Mają wszystko – dżunglę, ocean, bogactwa naturalne – kopalnie złota, srebra, miedzi, cynku, uranu. Mają ropę naftową i gaz. Zawsze jednak w ich mentalności tkwił kompleks Stanów Zjednoczonych – amerykański sen. Kapitał cały czas wypływał z tego kraju w kierunku Stanów. Wielu z nich ma swoje domy w najbogatszych regionach USA. Druga sprawa to korupcja i umiłowanie wszystkiego co nielegalne. Kopalnie i największe bogactwa są często w rękach ludzi związanych z władzą, którym z kolei nie zależy na tym aby płacić podatki i błędne koło się zamyka.

EE: Czy pozycja materialna w jakiś sposób przekłada się na stosunek do wiary?

Nie ma reguły, chociaż wśród praktykujących najwięcej jest tych średnio zamożnych. Bardziej się udzielają, są przy kościele. Biedni zajęci są pracą. Pracują siedem dni w tygodniu, często nie mają czasu żeby iść do kościoła, inni nie chcą mieć czasu, a jeszcze jedni wolą go spędzić inaczej niż na modlitwie. Mężczyźni grają w piłkę, kobiety w siatkówkę, albo siedzą przy ulicy i piją piwo, przy muzyce, tańcu i zabawie. W stolicy jest trochę inaczej, bardziej tak jak w Polsce czy Europie. Wolny czas spędzają w galeriach „robiąc zakupy”.

EE: Jak wygląda pobożność miejscowych, widać kult Męczenników?

Miejscowi z okolicznych 73 wiosek, do których dojeżdżamy, nie wyrażają tego kultu w jakiś szczególny sposób. Są przyzwyczajeni do obecności grobów męczenników. Więcej jest pielgrzymów przyjezdnych. Miejscowy kult jest trochę zabobonny, przesądny, bardzo mocno oparty na uczuciach. Można powiedzieć, że cała ich wiara jest bardzo emocjonalna. Chodzą do kościoła kiedy „czują potrzebę”. Jest oczywiście grupa ludzi uformowanych, którzy zawsze są przy kościele, ale stanowią bardzo mały odsetek wszystkich mieszkańców.

EE: Jak rozległa jest Ojca parafia?

Najbardziej obrazowo będzie jeżeli powiem, że posługujemy w 73 wioskach, gdzie wspomniane wcześniej Pariacoto położone jest na wysokości 1250 m n.p.m. ale dojeżdża się w dół do wiosek położonych na wysokości 800 m n. p. m. i to jest odległość 25 km od Pariacoto, natomiast inne wioski położone wyżej, leżą na wysokości ok 3800 m n.p.m. i do nich dojeżdża się jakieś 40 km. Odległość pokonujemy samochodem terenowym w dwie godziny, ponieważ nie ma asfaltu i nie da się jechać szybciej niż 20- 30 km/h. Drogi są wąskie - na jeden samochód.

EE: Jakie są największe niebezpieczeństwa dla Europejczyka?

W miejscu gdzie pracujemy jest bardzo spokojnie. Nie ma dzikich zwierząt. Czasem pojawiają się choroby malaryczne typu Denge (jest to gorsza odmiana malarii przenoszona przez konkretny gatunek insekta), z egzotycznych zwierząt czasem pojawi się tarantula, ale one nie są zbyt groźne. Największym niebezpieczeństwem są i byli ludzie – chociaż ja osobiście nie spotkałem się z agresją. Świetlisty szlak nie ma już takiej siły jak dawniej. W okresie „ich świetności” bardzo mocno podnosili kwestie ideologiczne, bazowali na ubóstwie, a obecnie w Peru ludziom żyje się dużo lepiej. We większości wiosek jest prąd, woda, kanalizacja, pojawia się prowizoryczna infrastruktura umożliwiająca handel, więc kwestie ideologiczno – propagandowe nie mają dogodnego podłoża do wzrostu. Nikt nie pójdzie walczyć o ideologię, która nie ma sensu. Rząd dopłaca do życia najbiedniejszych; po ukończeniu 65 roku życia otrzymują stałe świadczenia – coś na zasadzie naszej emerytury, chociaż wcześniej żadnych składek i podatków nie odprowadzali. Świetlisty szlak jest jedynie aktywny w wyższych partiach gór, gdzie uprawiana jest koka. Nadzorują tam produkcję kokainy. Peru ma ten niechlubny zaszczyt, że jest na pierwszym miejscu na świecie w produkcji i sprzedaży kokainy, wyprzedzili nawet Kolumbię.

EE: Przekłada się to w jakiś sposób na uzależnienia?

Rząd bagatelizuje tę kwestię. Wychodzą z założenia, że są jedynie producentem, natomiast uważają, że ich kraju ten problem nie dotyczy. Jest w tym trochę racji, bo koka wypływa z Peru tonami, a czasem aresztują jakiegoś obcokrajowca z kilogramem. Pomimo, że jest to nielegalne, zyski są ogromne, a korupcja jeszcze większa więc proceder trwa.

EE: Jaki jest stosunek Peruwiańczyków do wiary?

Około dziewięćdziesięciu procent Peruwiańczyków to„katolicy” – przyznają się do Jezusa i do wiary, część jest ochrzczona, albo przynajmniej tak twierdzi, ale generalnie nie czują potrzeby praktykowania. Teraz pracuję w Chimbote. Kiedy przygotowuję narzeczonych do ślubu, nie zdarza się, żeby posiadali wszystkie sakramenty – zawsze któregoś brakuje, albo nie ma bierzmowania, albo komunii albo chrztu, komunii i bierzmowania.

EE: W jaki sposób staracie się przyciągnąć ich do kościoła?

Żyjąc i posługując wśród nich – innego patentu nie ma. Kościół bazuje na osobach świeckich. Wiele parafii istnieje dzięki świeckim, katechetom, osobom pilnującym parafii. My jako duchowni nie uczymy katechezy. Możemy być kapelanami szkół, tam spowiadamy, odprawiamy msze św., przygotowujemy do sakramentów; pierwszej komunii lub bierzmowania. Mamy spotkania formacyjne z katechetami. Oni później spotykają się z dziećmi czy młodzieżą i przygotowują ich do sakramentów. Ma to ogromną zaletę ponieważ kapłani się zmieniają, a katecheci zostają – bo to ich rodzinne parafie i jest zachowana pewna ciągłość. W Chimbote jest trzech kapłanów: nas – dwóch Polaków i miejscowy ksiądz – Horhe. Ponieważ jest Peruwiańczykiem, lepiej ich rozumie i wielokrotnie tłumaczy nam ich mentalność, chociaż zdarza się, że i on ma z tym problemy, ponieważ pochodzi ze stolicy, a my posługujemy na prowincji.

EE: Czy w Peru istnieje problem tzw. „roszczeń w stosunku do misjonarzy” – oczekiwań, że jako biali powinniście im pomagać?

W naszej parafii nie. Generalnie ten problem stworzyli sami misjonarze. Łatwo przyciągnąć ludzi do kościoła kiedy im się coś da, ale nie o to chodzi. Ta wiara nie jest wtedy ani prawdziwa, ani szczera. Inną formę ma nasza posługa – Polaków, a inną miała posługa Amerykanów czy księży z Europy zachodniej. Polscy misjonarze szczególnie za czasów socjalistycznych przyjeżdżali z biednego kraju i choćby chcieli pomagać finansowo – zwyczajnie nie byli w stanie, ponieważ sami nie mieli. Duchowni z zachodu od razu chcieli wszystko wybudować, naprawiać, zaradzić biedzie. Dochodziło do absurdów. Ludzie potrafili przychodzić na mszę z rachunkami za prąd, oczekując, że ksiądz pokryje ich zobowiązania. My wolimy żyć skromnie na ich poziomie. Nie uczymy ich „że ksiądz ma dać”. Wypracowaliśmy taką zasadę, że pomagamy tyle ile inni pomagają. Miejscowi sami się organizują – robią jakieś grille charytatywne i inne akcje tego typu, jak na przykład bingo. Uczestniczymy w ich akcjach na takim samym poziomie jak pozostali. Czasem zdarzają się sytuacje wyjątkowe – kiedy zostaje samotna matka z małymi dziećmi, bo ojciec np. trafił do więzienia. Nie jest ona w stanie utrzymać się sama. Wtedy działamy dyskretnie – finansując np. poprzez zaufanych sklepikarzy, kupowane przez nich artykuły spożywcze.

EE: Jaki jest poziom edukacji?

Jest duży analfabetyzm. Co prawda rząd dużo mówi o edukacji ale niewiele może zrobić. Powoli się to zmienia. Głównie dzięki infrastrukturze, która umożliwia szybsze dotarcie w odleglejsze miejsca. Kiedyś rok szkolny rozpoczynał się w marcu, a nauczyciel na pierwszą lekcję w górach docierał dopiero w połowie maja. Teraz jest już trochę lepiej, ale nadal jest bardzo duży analfabetyzm. W trakcie naszej posługi stworzyliśmy szkółkę wieczorną dla dzieci, ale to wszystko trwa.

EE: Z czego się utrzymujecie?

Głównie z intencji. W górach miejscowi muszą zaprosić kapłana na mszę święta, żeby ktokolwiek się na niej pojawił. Jeśli sam mam ochotę pojechać odprawić dla nich mszę, na miejscu nie spotkam nikogo. Mają rozrzucone swoje poletka nawet dwie godziny drogi od domu i tam je uprawiają. Święto i dzień wolny jest wtedy, gdy postanowią zamówić mszę świętą. Wtedy schodzi się cała wioska, jest obiad dla wszystkich. Zamawiają mszę, płacą za paliwo, a często dają jeszcze jedzenie. Talerz ziemniaków i na górze mała nóżka świnki morskiej.

EE: Świnka morska to dość specyficzna potrawa.

Dla nich normalna. Hodują je w domu, biegają po izbie, jedzą co spadnie. Wiejskie mieszkania zwykle składają się z jednego pomieszczenia które stanowi kuchnię, jadalnię, sypialnię. Wszystko w jednym pomieszczeniu, łącznie z paleniskiem (bez komina), stąd wszystko jest zadymione. Z ciekawych rzeczy mogę dodać, iż na wybrzeżu jedzą surowe ryby. Skrapiają je sokiem z limonki. Po kilku minutach mięso robi się kruche, dodają cebulę, pikantną papryczkę i potrawa jest gotowa do spożycia. W dżungli jedzą – suri – grube białe robaki – robią z nich coś w rodzaju szaszłyków.

EE: Serdecznie dziękuję za rozmowę.    

 

Extra Ecclesia NR 7-8 (8) sierpień/wrzesień 2015

http://extraecclesia.pl/ 

------------

O. Rafał Dryjański przynależy do zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych (Franciszkanie Konwentualni). Do Peru wyjechał w 2008 roku. Początkowo pracował w parafii Pariacoto, która obejmuje 73 wioski. Pomagał w budowie centrum duszpasterskiego i szkółki wyrównawczej dla dzieci i młodzieży. Obecnie posługuje w parafii św. Franciszka w Chimbote, gdzie m.in. zarządza domem rekolekcyjnym, prowadzi rekolekcje, kursy dla katechetów, pracuje z dziećmi i młodzieżą.

 

Jeżeli chcesz wspomóc działalność misyjną o.Rafała Dryjańskiego OFMConv, możesz przekazać dowolną ofiarę pieniężną na konto:

Komisja Episkopatu Polski ds. Misji

PEKAO S.A. I O/ Warszawa

Numer konta: 06 1240 1037 1111 0000 0691 6772

 Tytuł przelewu – Patronat RAFAŁ DRYJAŃSKI

 

 


Znajdź nas


Komisja Episkopatu Polski
ds. Misji


ul. Byszewska 1
skr. poczt. 112
03-729 Warszawa 4

tel. +48 22 679 32 35
[email protected]

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
121 0.13712787628174