3 wrz

INDIE: CHCIAŁAM PRACOWAĆ WŚRÓD TRĘDOWATYCH

Rozmowa z siostrą Stefanią GEMBALCZYK ze Zgromadzenia Franciszkanek Szpitalnych, która 25 lat przepracowała w Indiach, wśród trędowatych.

 

- Jak to się stało, że znalazła się siostra w Indiach, wśród trędowatych?

- Kiedy skończyłam Studium Medyczne, jako pielęgniarka wiedziałam, że  będę chciała pracować z osobami ciężko chorymi. I wtedy wpadła mi w ręce książka ojca Jana Beyzyma, który pracował na Madagaskarze z trędowatymi.  Pomyślałam, że to chyba byłoby coś dla mnie. I jakiś rok później dowiedziałam się, że jedna z sióstr z naszego zgromadzenia wyjechała do Indii opiekować się trędowatymi. Wtedy pomyślałam – może mnie też się uda tam pojechać…

Napisałam list do tego ośrodka w Indiach z pytaniem, czy jest taka potrzeba, czy mogłabym przyjechać? Odpowiedź nadeszła szybko – oczywiście, możesz przyjechać, tylko musisz przynajmniej znać angielski. Były to lata 70. I miałam trochę problemów z tym angielskim. Musiałam też dostać zgodę matki generalnej. Nasz dom generalny jest w Niemczech, matka generalna też była Niemką, więc kiedy przedstawiłam swoją prośbę, nie powiedziała nie, ale odesłała mnie do władz prowincjalnych tu, w Polsce. A tutaj powiedzieli mi, że – widzisz, z naszymi pieniążkami nie damy rady. Może na samolot by starczyło, ale nie damy rady Cię tam utrzymać (trzeba pamiętać, że wtedy złotówka nie była wymienialna i poza granicami Polski była pieniądzem bezwartościowym). Zostałam więc w Polsce, pracowałam jako pielęgniarka we Wrocławiu, ale nie dawało mi to spokoju. Po roku napisałam znowu do matki generalnej. I przyszła odpowiedź – proszę ją wysłać na kurs angielskiego. Nasz dom generalny w Niemczech postanowił sfinansować mój wyjazd.

Wtedy w Warszawie rozpoczynał się już trzeci rok działalności Centrum Formacji Misyjnej i tu zostałam wysłana, aby się uczyć i przygotowywać do wyjazdu. Muszę powiedzieć, że ja bardzo sobie naukę w Centrum cenię. Były różne wykłady, nauka języków, ale też odwiedzali nas misjonarze i opowiadali jak wygląda ta codzienność na misjach. Przyznam, że to bardzo pomogło mi przetrwać kryzys, który miałam na początku. Bo tak czasem jest, że po przyjeździe na miejsce, często dosłownie po kilku dniach chce się wyjeżdżać, wracać. Jest obce otoczenie, bariera językowa. Ale ja byłam na to przygotowana, misjonarze, którzy do nas przyjeżdżali uprzedzali, że może się tak stać i było mi łatwiej przez to przejść. Poza tym w CFM była bardzo miła atmosfera. I muszę się pochwalić – mój rocznik to był ten rocznik, któremu krzyże misyjne wręczał dzisiaj już święty Jan Paweł II.

Potem jeszcze na pół roku matka generalna zabrała mnie do Niemiec, gdzie nasze zgromadzenie ma ogromny szpital i tam też pracowałam, szlifowałam angielski i niemiecki. Wróciłam do Polski, żeby starać się o wizę. To też nie było jak wiadomo łatwe, nawet mi mówili, że nic z tego, że nie pojadę, bo tej wizy mi nie dadzą. Czekałam chyba z 8 miesięcy. Modliłam się też do ojca Beyzyma, żeby mi pomógł, o ile to jest wola Boża. No i dostałam wizę. Potem jeszcze były długie starania o bilet, ale po Wielkanocy 1989 byłam już w Indiach, w stanie Jharkhand, w północno wschodniej części kraju. Tam właśnie, na tych terenach jest najwięcej trędowatych. Dziwnie się to trochę ułożyło. Ta siostra, która wyjechała kilka lat wcześniej, zachorowała na raka żołądka i ja ją jakby zastąpiłam. I cały ten czas, całe 25 lat pracuję właśnie tam.

- Tam, czyli gdzie siostro?

Mieszkamy na peryferiach miasta Ranchi. Mamy osobno dom zakonny i w tym samym podwórku mamy ośrodek zdrowia, do którego oczywiście przychodzą nie tylko trędowaci, ale wszyscy chorzy.

Niedaleko naszego ośrodka, w odległości ok. 3 km, powstała cała kolonia trędowatych. Zaczęli się tam osiedlać, pobudowali sobie sami takie małe, gliniane domki i przychodzili do nas po lekarstwa. My pod opieką miałyśmy jeszcze 3 inne kolonie, ale dużo dalej – w odległości 25-30 km. I dwa razy w miesiącu objeżdżałyśmy wszystkie te kolonie. Ale gdzieś chyba około 2001 roku postanowiłam, że w tej najbliżej nas położonej kolonii stworzę niejako odrębny ośrodek dla trędowatych. I kiedy go zorganizowałam, to trędowaci  z innych kolonii zaczęli przychodzić raczej do naszej kolonii, a nie do ośrodka.   

Od kiedy ten oddzielny ośrodek zaczął działać, zaczęłyśmy też poprawiać byt naszych chorych. Gliniane domki, które szybko niszczały, przeciekały, w których były fatalne warunki higieniczne, stopniowo były burzone, a na ich miejsce budowałyśmy domki z cegły. Pieniądze na to dostałyśmy od takiej pani z Niemiec, która przyjechała, zobaczyła te warunki i pomogła nam to sfinansować, z czego wszyscy się bardzo cieszyliśmy. Dzisiaj nasze osiedle wygląda już zupełnie inaczej. Sytuacja naszych trędowatych też się poprawia. Są już dzieci, które nie są zarażone trądem, więc jest komu pomagać chorym rodzicom, często bardzo przez chorobę okaleczonym.

Oprócz leczenia i zaopatrywania naszych chorych w leki i opatrunki  rozdawałyśmy też dary. Kiedy dostawałyśmy np. z takiej amerykańskiej organizacji, odpowiednika naszego Caritasu pszenicę, olej czy inne dobra,  dzieliłyśmy je pomiędzy naszych podopiecznych. Staramy się też robić im prezenty, np. na Boże Narodzenie szukamy dobrych ludzi, którzy nam pomagają te dary zgromadzić i dajemy – czy jakieś prześcieradło, czy szalik, sweter – każdy z chorych coś dostaje.

- Czy trąd to ciągle groźna choroba?

Trąd dzisiaj jest chorobą wyleczalną. Są odpowiednie lekarstwa. Jak przyjechałam, miałam pod opieką około setki takich bardzo okaleczonych osób. Do tego dochodziły ciągle otwierające się rany. Dzisiaj takich chorych mam około 30, z ranami, które mimo zakończonego leczenia nie chcą się zagoić.  Trzeba bardzo pilnować, żeby nie doszło do infekcji, żeby była zachowana higiena. Bo jeśli minimum 2-3 razy w tygodniu nie zostaną zmienione opatrunki, dochodzi do zakażenia, a w tamtejszym klimacie, w tym upale jest to groźne, bo w takiej ranie zaraz np. pojawiają się robaki.

Na naszym terenie są odkrywkowe kopalnie węgla kamiennego i zaobserwowałyśmy, tak zresztą jak i lekarze, że brud i pył z tych kopalni sprzyja rozwijaniu się trądu. Do tego bieda, słabe odżywianie, niedostateczna higiena, rzeka z brudną wodą, ze ściekami z cementowni, w której miejscowi często się kąpią, myją naczynia, kąpią się też krowy - wzdłuż tej rzeki jest najwięcej trędowatych i gruźlików.

Ciągle jeszcze, jeśli chory na trąd ojciec lub matka się nie leczą, choroba przechodzi na dzieci. Często od razu tego nie widać. Ta choroba może być ukryta w człowieku do 20 lat. Miałam takie przypadki, kiedy ujawniała się, gdy dziecko miało kilka lat. Ta choroba atakuje nerwy, objawia się w formie plam na ciele, w których chory nie ma czucia. Jeśli zostanie szybko uchwycona i rozpoczyna się natychmiast leczenie, jest szansa na całkowite wyzdrowienie.

Kuracja trwa od pół roku do roku, w zależności od stopnia zaawansowania choroby. Potem leki się odstawia. Czasami są nawroty, a czasami – co jest najgorsze dla chorych – może być tzw. reakcja trądu. Pojawia się gorączka, obrzęki na ciele, wszystko ich boli i wtedy potrzebne jest leczenie hormonami. I tutaj to już naprawdę trzeba wiedzieć jak to leczyć, bo można popełnić sporo błędów.

U nas była taka pani doktor, bardzo dobry fachowiec, 10 lat doświadczenia pracy w Afryce i ja u niej uczyłam się stosowania kuracji hormonalnej. Wcześniej te leki dostawałyśmy w dużych puszkach, trzeba było dla każdego chorego obliczać dawkę, tłumaczyć mu jak ma zażywać. Dzisiaj jest dużo łatwiej, ponieważ leki przychodzą w dawkach tygodniowych, każdy dzień zaznaczony innym kolorem, więc pacjentowi łatwiej opanować dawkowanie. 20 lat temu reakcji trądowych było bardzo dużo, dzisiaj występują bardzo rzadko. W tej chwili w leczenie trądu w Indiach  angażuje się państwo, więc my mamy już też sytuację ułatwioną, ponieważ nie musimy kupować leków, tylko je dostajemy.

- A czy nadal, tak jak było wcześniej, osoby chore na trąd są izolowane, usuwane poza swoje środowisko, stygmatyzowane?

- Jeszcze nie tak dawno osoby trędowate były wyrzucane poza nawias społeczeństwa. Dlaczego oni pobudowali koło naszego ośrodka te domki?  Często nie byli stąd, z naszego stanu. Ale zostali wyrzuceni, więc musieli szukać dla siebie miejsca. Często też rodziny pozbywały się chorych. Pamiętam, kiedy któregoś dnia córka przywiozła do nas swoją chorą matkę i porzuciła ją w naszej kolonii. Tak też się zdarzało. Teraz, kiedy są leki, kiedy nie dochodzi do takiego zaawansowania choroby, że np. odpadają członki, sytuacja trędowatych we własnych środowiskach też się poprawia. Po prostu są leczeni.

- Na początku rozmowy powiedziała siostra, że do Waszego ośrodka przychodzą nie tylko trędowaci, przychodzą wszyscy potrzebujący pomocy…

 - Oczywiście że tak, staramy się pomagać wszystkim chorym jak w każdym ośrodku zdrowia. Zresztą działamy też na inne sposoby. Na przykład działają też nasze siostry środowiskowe. Ich praca polega na tym, że chodzą do wiosek i organizują np. dla kobiet różne kursy – kroju, szycia, ostatnio też kursy komputerowe. Do tego jeszcze prowadzimy szkołę.

Otworzyłyśmy ją jakieś 2 lata po moim przyjeździe. Początkowo miało być tylko przedszkole. Ale zgłosiło się bardzo dużo dzieci i rodzice zaczęli nas przekonywać, że samo przedszkole nic nie da, że trzeba już to ciągnąć dalej, żeby chociaż było 5 klas szkoły. Więc zaczęłyśmy znowu starania o środki na jakiś budynek, szukałyśmy sponsorów. I znowu pomogła nam ta pani z Niemiec. Uruchomiłyśmy szkołę, ale uczniowie po ukończeniu piątej klasy nadal chcieli się uczyć i tak doszłyśmy do 10 klas. Dziesiąta klasa kończy się maturą. Już mamy czwarty rocznik po maturze i to z dobrymi wynikami. Nasi uczniowie często dostają się na studia, więc to też nas cieszy. To była szkoła hinduska. Teraz uruchamiamy nauczanie w systemie angielskim – wszystkie przedmioty po angielsku i język hinduski. To jeszcze bardziej zwiększy szanse uczniów na studiowanie. Otoczenie naszego ośrodka też się zmienia – zbudowano piękną  autostradę, budują się nowe domy – będzie dużo dzieci do nauczania.

Dzieci z rodzin dotkniętych trądem też uczą się w naszej szkole i nadal będą się uczyły. Ich rodzice, mimo że najczęściej żadnych szkół nie kończyli, bardzo dopingują je do nauki, bo widzą, że to może być dla nich szansa na lepsze życie. A my je sponsorujemy, płacimy za ich edukację – żeby tylko się uczyły.

- Teraz siostra jest w Polsce. Czy to powrót na dobre czy to tylko przerwa w pracy?

- Mam teraz rok przerwy – po 25 latach pracy pomyślałam, że zrobię sobie taki rok szabatowy. Co dalej będzie, czy wrócę, jeszcze nie wiem. Teraz myślę i tak i tak. Bo przyznam, że tam czasem gorąco okropnie mnie męczy i różnie bywa. Ale wiem, że gdybym już nie pojechała, będę miała godne następczynie, ponieważ w naszym domu w Indiach mamy już około 90 sióstr Hindusek. Trędowatych też jest już mniej. Ci starsi, bardziej okaleczeni, powoli odchodzą, a ci młodsi nie mają już takich problemów ze zdrowiem. Albo już są wyleczeni, albo leczą się.

Indie to był mój pierwszy i jedyny kraj misyjny. I chyba gdzie indziej już nie pojadę, bo ma się te swoje lata. Jeszcze zobaczę        jak się wszystko poukłada...

rozmawiała  Małgorzata Łopińska

 


Znajdź nas


Komisja Episkopatu Polski
ds. Misji


ul. Byszewska 1
skr. poczt. 112
03-729 Warszawa 4

tel. +48 22 679 32 35
[email protected]

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
123 0.090587139129639