27 kwi

Republika Środkowoafrykańska, Bangassou

Długo milczałem i dużo się też działo. Ten list z Wielkiego Tygodnia wysłałem już dawno, potem mięliśmy poważną awarię i nie można było nic otrzymywać ani wysyłać, dlatego tak milczałem. Następnie okazało się, że list ten nie doszedł, wiec ponawiam. Jednak nie działa to wszystko dobrze, dlatego wysyłam go w częściach, lepiej czytać go kiedy otrzymacie wszystkie części. Serdecznie Was pozdrawiając i stale Was wciągając w to, co dzieje się u mnie, a było to tak:

Pewnego dnia biskup Aguirre, ordynariusz Bangassou, diecezji w której pracuje, zawołał mnie na rozmowę. A że tutaj kontakt z moim biskupem mam częsty, więc nie podejrzewałem w tym nic nadzwyczajnego. Tym razem się jednak myliłem? Wyruszyliśmy 5 kwietnia rano, tuż przed Wielkim Tygodniem, w składzie pięciu osób: wikariusz generalny ks. Jean Vermond Centroafrykańczyk, świecka misjonarka Sonia z Argentyny, seminarzysta duchacki Astianax z Gabonu, kierowca Merci Centroafrykańczyk i ja, wspólnota międzynarodowa. Po całodziennej podróży, w nocy dotarliśmy do Zemio, misji odległej 300 km od Bangassou, gdzie obecnie pracują dwaj franciszkanie z Rep. Dem. Konga i dwie siostry franciszkanki.

Wikariusz generalny pozostał w Zemio, by pomóc przy celebracji Świąt Wielkanocnych i uregulowała pewne problemy między parafianami a duszpasterzami na miejscu. My natomiast następnego dnia, wzięliśmy toyotę sióstr, która bardziej nadawała się do przewidzianej podróży i wraz ze wspomnianymi franciszkankami: Roza Meksykanka i Georgina Peruwianka, oraz katechista Pascalem udaliśmy się do wiosek, mając do przebycia 130 km . Zgodnie z zamierzeniem biskupa mięliśmy celebrować Święta Paschalne, z wiernymi, którzy na to czekają. Wioski te duchowo były nieco zaniedbane, bo 5 miesięcy temu odwiedził je sam biskup, a niemalże w ciągu dwóch lat przed nim, do niektórych z nich ksiądz w ogóle nie dotar?. Bardzo żywe i liczne wspólnoty z pięknymi kaplicami. Jednak z drogami dojazdowymi, niemal nie do przebycia. Za każdym razem mówię sobie, że już gorszej drogi być nie może, która trzeba by jechać i tak sobie mówię aż do następnego razu. Niezliczone mosty kompletnie zniszczone, przejeżdża się rzeke ( w porze suchej jest to możliwe); pełno skał, kamieni, do tego stopnia, że Sonia okresliła to jako: plantacja kamieni. Czasami wprost nie widać drogi, po prostu jedzie się przed siebie próbując ominąć niektóre kamienie i drzewa. Dlatego też biskup nie zgodził się bym to ja prowadził samochód, ale dał nam kierowcę, żebym był spokojny podczas męczącej drogi, by mieć siły do późniejszej pracy. Tym bardziej, że trzeba było się przemieszczać prawie codziennie.

"Przyjmą Was tam z otwartymi ramionami", słysząc te słowa biskupa, nie traktowałem tego dosłownie. Tam gdzie się udaliśmy, było to zupełnie inne plemię Zande. Mieszkańcy wiedzieli o naszym przybyciu. Kiedy przejeżdżaliśmy przez wioskę, zdążając do następnej, ludzie zatrzymywali nas i czekali na nas z posiłkiem. Gdy przybywaliśmy na nocleg, dzieci jak tylko usłyszały warkot silnika, rwały gałazki z drzew i machając na powitanie wybiegały nam naprzeciw. Tłum oblegał nasz samochód, bo z naszym przybyciem czas się dla nich jakby zatrzymał. Ale to co mnie najbardziej zaskoczyło, to znowu ci najmniejsi. Gdy tylko wysiedliśmy z samochodu, one od razu, bez lęku przychodziły i obejmowały nas na powitanie, tak same z siebie, tak jak to tylko maluchy potrafią w spotkaniu z najbliższymi osobami. To mnie "rozbroiło" kompletnie, nigdy wcześniej cos takiego mnie tu nie spotkało.

"Wierni tam czekają na księdza, od dwóch lat nie było chrztu?"- mówił dalej biskup. Kosciół katolicki w Afryce, w Rep. Środkowoafrykańskiej więc także, ogromna rolę powierza katechistom i to nie tylko tam, gdzie kapłan dociera rzadko i z trudem. Są to zazwyczaj mężczyźni, umiejący czytać i pisać po francusku i w sango, formowani poprzez coroczne tygodniowe, miesięczne, lub kilkumiesięczne sesje. Czasami ich poziom wiedzy daje wiele do życzenia. W jednej z wiosek pytam dzieci ilu mamy bogów? W odpowiedzi słyszę, że jednego, trzech?I w rogu widzę podpowiadającego katechistę z wyciągniętymi trzema palcami. Jeszcze gorzej, kiedy ich poziom życia odbiega od moralności chrześcijańskiej. To katechiści jednak uczą katechizmu, przygotowują do sakramentów, przewodniczą niedzielnym spotkaniom modlitewnym, gdy nie ma księdza i w ogóle troszczą się o wspólnotę. Co robi więc kapłan? Odwiedza regularnie wspólnoty, karmi Słowem i Ciałem, udziela sakramentów, stara się regulować problemy wspólnoty, także uczy katechizmu, formuje katechistów i tak zwyczajnie spędza czas z wiernymi "jedząc i pijąc co podadzą". I tym razem nie było by więc w tym może nic specjalnie nowego, czego bym już nie robił, poza tym, że w ciągu niespełna dwóch tygodni udzieliłem wszystkich sakramentów, z wyjątkiem sakramentu święceń. To znaczy jako wysłany przez biskupa chrzciłem, spowiadałem, celebrowałem Msze św. udzielając także pierwszej komunii, błogosławiłem związki małżeńskie, namaszczałem chorych i udzielałem sakramentu bierzmowania, co było dla mnie ogromnym przeżyciem. Biskup więc pozwolił mi "wejść w jego rolę."

Jeszcze przed wyjazdem próbowałem się bronić i odmówić biskupowi: nie znam dobrze ni francuskiego ni sango, a tam gdzie mam jechać ludzie mówią jeszcze innym językiem. Jak sobie więc poradzę? Sprawowanie sakramentów odbywa się według formularza w języku sango, co nie stanowi problemu, ale co z codziennym słowem głoszonym. Faktycznie nie miałem czasu na przygotowywanie nawet z dnia na dzień, ale "wystarczyło mi Jego laski". Mówiłem obrazami i przykładami, które, mam nadzieję pozostaną, jak zresztą miałem tego sygnały. Poza tym katechista tłumaczył moje homilie z sango na zande.

W Wielka Sobotę po południu zamieszania narobił ten, co według Biblii, ciągle jest sprawca zamieszania. W czasie poobiedniej sjesty, w pokojach przykościelnych gdzie spaliśmy pojawił się wąż. W 5 sekund wszyscy znaleźliśmy się na zewnątrz, zbiegło się pół wioski z maczetami, z kijami jak na prawdziwego wroga, bo Afrykańczycy strasznie boja się węży. Po długich przeszukiwaniach zabito nie jednego ale cztery, dwa z nich, nie chwaląc się padły z mojej ręki. Najprawdopodobniej rodzinka założyła sobie gniazdo w domu księdza podczas długiej jego nieobecności. Zmiażdżona więc głowa tego kusiciela mogła już tylko oznaczać, że Poranek Wielkanocny jest blisko. I wkrótce zabrzmiało "wesołe alleluja" i tańce, którym już nawet ja nie dałem się oprzeć. Wracaliśmy 16 kwietnia w Niedzielę Wielkanocną nie odczuwając zmęczenia, a jedynie radość i świadomość tego, że jeszcze wiele dróg jest przed nami i wielu, którzy na nas czekają. Ja także z przeświadczeniem, że jeśli Pan Bóg powołuje do zrobienia czegoś przez odpowiedzialnych w Kościele, tak zwyczajnie, tak codziennie, to jest to w granicach naszych możliwości z Jego pomocą. A wierność powołaniu niesie trud ale i ogromna radość. Kiedy przeżywam coś dobrego, często mówię sobie, że to był najlepszy dzień, najlepszy czas, najlepsze święta, potem okazuje się, że najlepsze ciągle przede mną?


Ks.  Krzysztof Ferenc
Misjonarz Ducha Św.


Znajdź nas


Komisja Episkopatu Polski
ds. Misji


ul. Byszewska 1
skr. poczt. 112
03-729 Warszawa 4

tel. +48 22 679 32 35
[email protected]

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
119 0.127681016922