15 mar

Trzy kobiety z malgaskiej misji

Afryka ma twarze kobiet. Moja przyjaciółka Lea jest dla mnie przykładem kobiety, która w malgaskiej rzeczywistości odniosła niesamowity sukces. Ma męża, Franco, wykształconego i posiadające stabilną i dobrze płatną pracę. Ma również niezwykłą córkę, moją chrześnicę, uroczą Charonne! Sama zaś pracuje jako nauczycielka języka francuskiego i angielskiego w Gimnazjum im. św. Franciszka z Asyżu w Mampikony. Świetnie gotuje, szyje, gospodaruje! Jest niestety kroplą w morzu. Większość kobiet z Madagaskaru nie powiela jej szczęścia. Porzucone przez niedojrzałych mężczyzn, borykające się z biedą i niedożywieniem własnych dzieci, umierające na choroby wyleczalne kilkoma złotymi. Kobiety bite przez pijanych mężów, żyjące w strasznych warunkach, pracujące w pocie czoła bez wytchnienia i pożywienia. Afryka ma twarze kobiet. Tych uśmiechniętych, pięknych i radosnych. I tych, którym życie dało popalić już od wczesnego dzieciństwa.

Vivianne pojawiła się, kiedy praca w misyjnym ośrodku zdrowia już dawno się skończyła. Zbliżał się wieczór, a słońce lada moment miało z impetem uderzyć o horyzont. Byłem już przebrany i przygotowany do posiłku. Kiedy żegnałem się z współpracownikami, podeszła do mnie wychudzona starsza kobieta i prosiła o pomoc dla swojego dziecka. Mała Natsika zwinięta była w kolorowe chusty, spod których wystawały chude ręce i nogi. Fałdy skóry odkładały się na jej małym ciele, jakby było ich zdecydowanie za dużo. Była niedożywionym dzieckiem, osieroconym, przyprowadzonym przez swoją babcię. Mama dziewczynki zmarła przy porodzie, który odbywał się w lepiance i prowadzony był przez lokalną szamankę. Vivianne była przerażona i nie mogła ułożyć poprawnie zdań w obawie, że zostanie z problemem zupełnie sama. Przez trzy miesiące starała się wykarmić wnuczkę najpierw drogim mlekiem dla noworodków, później mlekiem kondensowanym rozcieńczonym wodą, a kiedy skończyły się środki, wodą z cukrem. Po kilku minutach rozpłakała się się zupełnie. - Zrobimy wszystko, by ci pomóc. Hanao zavatra rehetra mba hanampy i anao zahay - powtarzałem.

Siedemnastoletnia Sandra tuliła do swojej piersi małą Klarę. Jej paznokcie były białe jak kartka papieru, a ręce chude niczym gałązki. Cierpiała na ciężką anemię, stąd też nie była w stanie wykarmić swojej córeczki. Rok wcześniej, jako uczennica zadurzyła się w chłopaku. Kiedy zaszła w ciąże, rodzice młodzieńca przekazali jej krowę zebu, w ten sposób zrzekając się odpowiedzialności i dziecka. Kawaler mógł wrócić do szkoły, dziewczyna już nie koniecznie - według regulaminu większości szkół publicznych i prywatnych ciężarne nastolatki nie mogą się uczy, i dotyczy to zarówno młodej matki, jak i ojca. Na swojej drodze trafiła na niekompetentnego malgaskiego medyka, skorumpowanego lekarza, który wymusił na niej podjęcie się operacji cesarskiej mimo braku patologii ciąży. Zabieg miał kosztować tyle, co krowa zebu. Bydło sprzedano, a Sandrę skrzywdzono. Nie było ją stać na hospitalizację i leczenie rany pooperacyjnej, stąd też doprowadziło to do ciężkiej infekcji, choroby a w konsekwencji niedożywienia bezbronnej Sandry.

Delinę nigdy nie posłano do szkoły. Pochodziła z małej miejscowości za rzeką Bemarivo, gdzie większość dzieci od wczesnych lat pracuje fizycznie na polu bądź przy hodowli trzody. Państwo dotychczas nie wybudowało żadnej wiejskiej szkółki, a brak środków wymuszał na rodzicach pracę ponad ludzką wytrzymałość. Kiedy dziewczyna miała piętnaście lat została wydana za mąż za przeszło sześćdziesięcioletniego mężczyznę, uchodzącego za bogatego właściciela kilkudziesięciu krów zebu. Rodzina otrzymała w zamian silnego byka i kilka worków ryżu. Po roku urodziła mu pierwszego syna, dwa lata później córkę. Spotkałem ją w ośrodku zdrowia, kiedy poproszono mnie o pomoc w zmianie opatrunku na jej piersi - doszło do poważnego zakażenia, a z rany sączyła się gęsta ropa. Ból i krzyk kobiety podczas opatrywania był niemiłosierny. Zadumany mężczyzna, wysoki i w starym skórzanym kapeluszu, oczekiwał swojej żony w szpitalnej poczekalni. Nie mogłem uwierzy, mimo kolejnych miesięcy spędzonych na misji.

Afryka ma twarze kobiet, które potrzebują pomocy już dziś. Uwrażliwiony pracą misyjną skupiam się na działaniu i tworzeniu lepszej alternatywy dla tych, dla których wydawać by się mogło, że ma już czasu i szans. Chcę działać i wypełniać swoje powołanie misyjne. Chcę wykorzystywać talenty, te otrzymane i te wypracowane. Pan Bóg wystawia mnie na próbę, którą podejmuję.

Serdecznie zapraszam do wsparcia mojego projektu misyjnego, to jest budowa ośrodka medycznego dla niedożywionych dzieci i kobiet będących w ciężkiej życiowej sytuacji w miejscowości Anivorano-Nord na Madagaskarze. Więcej na: www.zrzutka.pl/szpitalantsiranana 

Daniel Kasprowicz, misjonarz świecki


Znajdź nas


Komisja Episkopatu Polski
ds. Misji


ul. Byszewska 1
skr. poczt. 112
03-729 Warszawa 4

tel. +48 22 679 32 35
[email protected]

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
122 0.12858319282532